Hrywna słaba, bo Ukraińcy wolą dolara

319
Nie pomogły pomysły karania analityków za niezgodne z oczekiwaniami banku centralnego prognozy walutowe, ani karne usunięcie z walutowego rynku międzybankowego kilku liczących się banków. Sztucznie powstrzymywany przez ponad półtora roku proces dewaluacji ukraińskiej waluty zaczyna niebezpiecznie przyspieszać. Eksperci mówią wręcz o dolarowej panice.
Ile tak naprawdę jest warta dziś ukraińska waluta nie wie już chyba nikt. Oficjalny kurs, ustalony przez ukraiński bank centralny, NBU, to od ponad roku 7,99 hrywien za dolara. Na rynku międzybankowym w połowie listopada przekroczył 8,3 hrywien za dolara. Z kolei ukraiński rząd przyjął do wyliczeń budżetowych na 2013 r. kurs dolara wynoszący 8,5 hrywien, a największy ukraiński sklep internetowy Rozetka dla rozliczeń bezgotówkowych stosuje kurs 9,1 hrywien za dolara.

Przeciętny Ukrainiec w jednej kwestii nie ma dziś wątpliwości: narodowej waluty najlepiej szybko się pozbyć. Tysiące drobnych ciułaczy wręcz szturmują punkty wymiany walut.

Zdaniem Dmitrija Sołoguba, z Raiffaisen Bank Aval, spadek kursu hrywny to skutek rosnących obaw rynku, zaniepokojonego pogarszaniem się bilansu płatniczego kraju. Ujemne saldo handlowe Ukrainy w pierwszym kwartale 2012 roku wynosiło 1,2 mld dol., a już trzy miesiące później ponad trzykrotnie więcej — 3,86 mld dol.

Równocześnie, mimo zapewnień władz, gospodarka kraju nie tylko nie rozwija się, ale zwalnia. O ile w pierwszej połowie roku oficjalne dane wskazywały jeszcze minimalny wzrost, o tyle po trzech kwartałach odnotowano spadek PKB do poziomu 98,5 proc. analogicznego okresu 2011 r.

Kto nakręca panikę?

W leżącym na wschodzie kraju Dniepropietrowsku dolary w wielu oficjalnych punktach wymiany są tylko spod lady i zapłacić za nie trzeba o kilka kopiejek więcej niż wynosi oficjalny kurs wymiany. W połowie listopada część kijowskich banków i kantorów przestała sprzedawać amerykańską walutę. W innych wprowadzono limity sprzedaży. Media podawały przykład banku, w którym kupić można najwyżej 500 dolarów, a dla spłaty rat kredytów zaciągniętych w walutach obcych bank zgodził się przyjmować od swoich klientów równowartość w hrywnach. Ograniczenia tłumaczono brakiem zagranicznej gotówki i niepewną sytuacją hrywny.

Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce jesienią 2008 r., kiedy na Ukrainie wybuchła panika na rynku walutowym. W ciągu kilku tygodni amerykańska waluta zdrożała o niemal 100 proc.

Zdaniem Ołeksandra Ochrymenki, z Ukraińskiego Centrum Analitycznego, swój udział w nakręceniu paniki ma bank centralny (NBU), który zabronił bankom komercyjnym kupowania walut na rynku międzybankowym w celu ich odsprzedaży klientom. W założeniu miało to ochronić ukraińską rezerwę walutową. Doprowadziło jednak do nakręcenia deficytu walut, a wraz z nim cen rynkowych i oczekiwań dewaluacyjnych.

Negatywną rolę odegrały też październikowe wybory do parlamentu. Ukraińcy masowo kupowali dolary obawiając się, że po głosowaniu zostanie w pełni ujawniony, ukrywany przez władze, fatalny stan gospodarki, a wraz z tym nastąpi skokowa dewaluacja narodowej waluty. W ciągu trzech miesięcy, od lipca do września, kupili w bankach komercyjnych aż 8 mld dol.

Jednak zdaniem kierownictwa NBU, to spekulanci i nierzetelni analitycy, podgrzewający atmosferę, winni są paniki na rynku. Na początku 2012 roku w ukraińskich mediach ukazała się informacja, że bank centralny przygotowuje projekt ustawy przewidującej odpowiedzialność karną za „niewłaściwe oceny stanu ukraińskiej waluty”. Urzędnicy tłumaczyli wówczas, że komentarze ekspertów krytykujących politykę kursową banku centralnego szkodzą stabilności makroekonomicznej kraju.

Z karania analityków ostatecznie zrezygnowano, za to jesienią NBU wziął się ostro za „niepokorne” banki. We wrześniu z rynku międzybankowego karnie usunięto cztery banki za „zawyżanie kursu dolara”. „Winowajcy”: Credit Agricole, Platinium Bank, Nacionalne Inwestycji, Premium i Region Bank wystawili opcje sprzedaży amerykańskiej waluty na poziomie 8,3 hrywny, który urzędnicy banku centralnego uznali za spekulacyjny.

Ostatecznie szefowie NBU doszli do wniosku, że najlepiej doprowadzić do sytuacji, w której obywatelom nie będzie opłacało się kupować walut.

– U nas wszyscy interesują się jaki będzie kurs w następnym roku. To, że nasz naród tak silnie zwraca uwagę na rynek walutowy, to kwestia psychologii, siła przyzwyczajenia. Dlatego bank centralny stara się prowadzić politykę na obniżenie dolaryzacji gospodarki i podejmuje w tym celu praktyczne kroki – tłumaczy szef rady NBU, Ihor Prasołow.

W listopadzie NBU powołał komitet do spraw zapobiegania nieuczciwym operacjom walutowym. Jego zadaniem jest „zapobieganie nadmiernemu popytowi na waluty obce, likwidacja warunków dla spekulacji walutowych i prowadzenie działalności informacyjno-wyjaśniającej wśród ludności”. Równolegle władze zaczęły wprowadzać rozwiązania ustawowe by opanować panikę na rynku walutowym. Sięgnęły po podatek „od dolara”, nakaz sprzedaży walut oraz zakaz stosowania cen w walutach obcych.

Podatek „od dolara

Najwięcej emocji budzą próby obłożenia specjalnym podatkiem operacji sprzedaży walut obcych na rynku.

W połowie listopada szefowa departamentu polityki pieniężno-kredytowej NBU, Ołena Szczerbakowa, mówiła o planach wprowadzenia takiego podatku i konieczności dyskusji, a już kilka dni później do parlamentu trafił gotowy projekt. Obciążenie miałoby składać się z 15 proc. podatku i 1 proc. odpisu na rzecz Funduszu Emerytalnego — odpowiednika polskiego ZUS.

Z podatku zwolnione miałyby być przelewy z zagranicy na rzecz osób fizycznych, jeśli nie przekraczają 150 tys. hrywien miesięcznie, kwoty w walutach obcych wypłacane obywatelom przez banki po zakończeniu co najmniej miesięcznej lokaty, a także kwoty odsetek oraz wypłaty z tytułu wykupu obligacji skarbowych, denominowanych w walutach obcych. Ze zwolnienia mogliby skorzystać wyłącznie ci obywatele, którzy natychmiast odsprzedadzą otrzymaną walutę po oficjalnym kursie.

Pierwotnie zakładano, że dokument trafi pod głosowanie na ostatniej sesji kończącej się kadencji, jednak w ostatniej chwili został zdjęty z porządku obrad. Na początku grudnia w parlamencie pojawił się projekt przewidujący obłożenie transakcji walutowych już „tylko” 10 proc. podatkiem, jednak nawet wśród parlamentarzystów proprezydenckiej Partii Regionów nie znalazł poparcia, pozwalającego na skierowanie go pod głosowanie.

Zwolennicy podatku wskazują, że z jednej strony realizacja ustawy pozwoliłaby załatać dziurę w funduszu emerytalnym, któremu brakuje środków na wypłatę świadczeń, z drugiej zniechęciłaby obywateli do kupowania walut obcych i zahamowała parcie dewaluacyjne.

Eksperci rynku walutowego i ekonomiści nie mają wątpliwości – wprowadzenie zaproponowanych przez bank centralny rozwiązań doprowadzi natychmiast do rozwoju czarnego rynku. Waluty zaczęłyby na gigantyczną skalę omijać system bankowy. Przypominają że wprowadzenie w 1998 r. zaledwie 1 proc. podatku na operacje walutowe przeniosło większość z nich w szarą strefę. W konsekwencji w 2002 r. władze musiały się z niego wycofać.

Świadomość takiego zagrożenia ma także szefostwo NBU, które na początku grudnia wystąpiło z propozycją wprowadzenia surowych kar dla obywateli chcących skorzystać z usług cinkciarzy. Zgodnie z projektem sprzedaż walut na czarnym rynku traktowana będzie nie jako wykroczenie, tak jak teraz, ale jako przestępstwo uchylania się od zapłaty podatku.

Zdaniem Ołeksandra Walczyszena, z firmy Inwestycyjny Kapitał Ukraina, wprowadzenie podatku na obrót walutami miałoby sens jedynie wtedy, gdyby władze rzeczywiście zdecydowały się na reformę polityki monetarnej. Nakierowały ją na utrzymanie w ryzach inflacji, a nie stabilnego kursu hrywny.

Przeciwko podatkowi wystąpiła zdecydowanie ukraińska opozycja. Przekonuje, że oligarchowie, którzy mają na kontach w rajach podatkowych 72 mld dol. dalej nie będą płacić tej daniny. Jej ciężar spadnie na barki zwykłych obywateli, którym udało się nieco zaoszczędzić albo otrzymują przekazy od członków rodzin pracujących za granicą.

Według części ukraińskich mediów projekt „podatku od dolara”, to tylko element walki psychologicznej prowadzonej przez władze ze społeczeństwem. Przewidziany w projekcie ustawy 60 dniowe vacatio legis ma sprowokować obywateli, by masowo sprzedali po zaniżonym kursie trzymane w skarpetach oszczędności walutowe, przed wejściem w życie podatku. Po upływie okresu vacatio legis ustawa zostałaby zawieszona lub skasowana.

Nakaz sprzedaży walut

Ukraiński prezydent Wiktor Janukowycz 16 listopada podpisał ustawę pozwalającą bankowi centralnemu na tymczasowe (na okres maksymalnie 6 miesięcy) wprowadzanie obowiązku sprzedaży przez eksporterów części wpływów uzyskanych w walutach obcych. NBU otrzymał na mocy tej ustawy także prawo skracania czasu rozliczeń operacji eksportowo-importowych.

Ustawa wprowadziła ponadto zasadę, że obywatele otrzymujący w ciągu miesiąca przekazy z zagranicy na łączną kwotę przekraczającą 150 tys. hrywien (ok. 18 tys. dol.), nie otrzymają ich w twardej walucie, ale przeliczone na hrywny.

W założeniu ma to zapewnić ukraińskim importerom dostęp do walut obcych i pozwolić na uzupełnienie rezerwy walutowej banku centralnego. Szacunkowo na rynek międzybankowy dzięki temu rozwiązaniu, miałoby trafić miesięcznie dodatkowo nawet 4-5 mld dol.

Jeszcze tego samego dnia NBU wydał zarządzenie „O ustanowieniu wielkości obowiązkowej sprzedaży wpływów walut obcych”. Wprowadza ono na pół roku obowiązek sprzedaży przez eksporterów 50 proc. wpływów walut z tzw. 1 koszyka, do którego należą m.in. dolar amerykański, euro, funt brytyjski i frank szwajcarski oraz dodatkowo rosyjskiego rubla. Równocześnie innym zarządzeniem bank centralny skrócił ze 180 do 90 dni terminy rozliczeń operacji importowo-eksportowych.

Zdaniem ekspertów ING Bank Ukraina, wprowadzenie przez NBU obowiązku sprzedaży przez eksporterów 50 proc. wpływów walutowych może mieć pozytywny wpływ na zrównoważenie popytu i podaży walut na rynku wewnętrznym jedynie w krótkiej perspektywie.

Równocześnie wzmocniono walkę z dolaryzacją ukraińskiej gospodarki — na początku grudnia weszły w życie zmiany w ustawie „O reklamie”. Zakazują stosowania cen towarów i usług oferowanych na terytorium Ukrainy w walutach innych niż hrywna.

W poszukiwaniu realnego kursu

Ekonomiści i analitycy ukraińskiego rynku finansowego są zgodni – obecnego oficjalnego kursu hrywny nie da się utrzymać, musi dojść do dewaluacji. Eksperci różnią się tylko w ocenie tego na ile powinna być głęboka. I choć jeszcze niedawno za takie stwierdzenia NBU chciał karać, teraz całkiem poważnie są rozpatrywane.

Zdaniem ukraińskiego ekonomisty Borysa Kuszniruka, z powodu polityki kursowej NBU oprocentowanie kredytów międzybankowych już dawno przekroczyło 20 proc., chwilami wynosiło nawet 45 proc. w skali roku. Skutek jest taki, że przedsiębiorstwa nie mają szans na kredyty ze stawką poniżej 25-30 proc. rocznie, co zabija ich działalność. Wszyscy uczestnicy rynku mają świadomość, że takiej sytuacji długo nie da się utrzymać i oczekują na dewaluację. Powoduje to, że eksporterzy nie chcą rozstawać się z twardą walutą, a ci którzy mają jakieś zasoby w hrywnach za wszelką cenę starają się zamienić je głównie na dolary.

Pod koniec listopada eksperci Międzynarodowego Funduszu Walutowego ocenili, że dla zrównoważenia bilansu handlowego Ukrainy niezbędne jest zdewaluowanie hrywny co najmniej o 13 proc. Kuszniruk przekonuje jednak, że pomysły łagodnej dewaluacji ukraińskiej waluty nic nie dadzą. Przedsiębiorcy i zwykli obywatele uznają, że realna dewaluacja została powstrzymana sztucznie i na chwilę. W efekcie firmy zrobią wszystko, by nie sprowadzać uzyskanej z eksportu waluty na Ukrainę, importerzy będą starali się kupić jak najwięcej waluty na podstawie fikcyjnych kontraktów, a zwykli ciułacze każdą wolną hrywnę spróbują wymienić na dolary.

Jego zdaniem znacznie efektywniejszym rozwiązaniem byłaby jednorazowa dewaluacja do poziomu 12 hrywien za dolara. Dzięki temu z dnia na dzień wzrosłaby konkurencyjność ukraińskich towarów, wzmocniłyby się ukraiński przemysł i rolnictwo. Do tego gwałtownie spadłby popyt na obce waluty, a firmy zaczęłyby ściągać swoje zasoby walutowe z zagranicznych kont. Bank centralny mógłby rozpocząć skup waluty i uzupełnić mocno nadwątloną rezerwę. Kosztem szokowej dewaluacji byłoby wprawdzie zahamowanie gospodarki na kilka miesięcy, ale potem sytuacja zaczęłaby się stopniowo poprawiać. Silna dewaluacja hrywny pozwoliłaby na kilka lat zapomnieć o istotnych zmianach kursu hrywny. Dałoby to bankowi centralnemu czas na przygotowanie rozwiązań pozwalających na liberalizację polityki kursowej.

Negatywną stroną szybkiej i głębokiej dewaluacji hrywny byłoby – wskazuje Kuszniruk – zwiększenie konkurencyjności bez potrzeby modernizacji przedsiębiorstw i zwiększania ich efektywności oraz gwałtowne pogorszenie wskaźnika długu publicznego do PKB (nominowany w hrywnach dług publiczny wzrośnie, a PKB w ekwiwalencie dolarowym spadnie). Zmniejszyłoby to możliwości pozyskiwania przez Ukrainę kredytów na rynkach światowych. Znamienne, że w początku grudnia Moody’s obniżył rating ukraińskich obligacji z B2 do B3.

W ocenie analityków Ukrsocbanku, należącego do UniCredit Group, hrywna może zostać zdewaluowana nawet o 20 proc. a ukraińskie banki są już przygotowane na taką ewentualność. Dewaluacja miałaby pozytywnie wpłynąć na sytuacje ukraińskiej gospodarki. W przeciwieństwie do Kuszniruka stawiają jednak warunek – nie mogłaby być skokowa, a powinna następować płynnie.

W ocenie kondycji hrywny całkowicie rozeszły się opinie najbliższego otoczenia Wiktora Janukowycza: tzw. „rodziny”, do której należy m.in. szef NBU Siergiej Arbuzow i szefa rządzącej Partii Regionów, do niedawna także premiera ukraińskiego rządu, Nikołaja Azarowa.

Od paru tygodni NBU przyznaje już oficjalnie, że niezbędne jest wprowadzenie płynnego kursu hrywny. W trakcie Ukraińskiego Forum Bankowego, jakie odbyło się na początku listopada w Kijowie, dyrektor departamentu prognoz rynku pieniężno-kredytowego Serhiej Korablin oznajmił, że stopniowe zwiększanie elastyczności kursu narodowej waluty jest nieuniknione. W tym samym czasie rzecznik premiera, Witalij Łukjanienko, przekonywał: „Rząd jest w stałym kontakcie z bankiem centralnym. Żadnych podstaw dla jakichkolwiek wahań kursu nie ma”.

Największym problemem związanym z dewaluacją hrywny są kredyty walutowe, hojnie w minionych latach udzielane przez banki na zakup nieruchomości. Na początku roku suma tych kredytów sięgała 11 mld dol. Gwałtowna dewaluacja hrywny spowoduje równie gwałtowny wzrost rat liczonych w narodowej walucie. Tysiące Ukraińców nie będą w stanie spłacać pożyczek. To wstrząsnąć może nie tylko kondycją systemu bankowego, ale też doprowadzić do wybuchu społecznego niezadowolenia, gdy banki zaczną przejmować mieszkania i domy.

Ukraińcy, według wszystkich badań socjologicznych niezbyt skorzy do protestów politycznych, gotowi są masowo uczestniczyć w ulicznych protestach o podłożu ekonomicznym. A na to władze, solidnie osłabione pyrrusową wygraną w niedawnych wyborach parlamentarnych, nie mogą sobie pozwolić.

Michał Kozak, ObserwatorFinansowy.pl

Otwarta licencja

http://www.obserwatorfinansowy.pl/wp-content/uploads/2013/12/Otwarta-licencja.png