Michał Kozak: Na szczęście jest Bandera

10093

Rozgorzały dziś w Polsce spór o ukraiński nacjonalizm i jego symbole jest niesamowicie wygodny. Pozwala ukryć pod warstwą emocji fikcję, jaką było przez wiele lat rzekomo priorytetowe traktowanie przez naszą dyplomację sprawy kontaktów polsko-ukraińskich.

Kolejne ekipy rządowe od lat jak mantrę powtarzały, że Ukraina jest priorytetem polskiej polityki zagranicznej. Tym zaklęciom towarzyszy równocześnie faktycznie zero realnej wiedzy o Ukrainie i symulacja aktywnej działalności. W konsekwencji mamy za wschodnią granicą potencjalnego partnera, z którym nikt na serio i z myślą o strategicznej przyszłości nie pracuje.

Priorytet, czyli nic

Jak wygląda dbałość o rozwijanie kontaktów politycznych i budowanie pozytywnego wizerunku Polski wśród przyszłych ukraińskich elit?

Ukrainka polskiego pochodzenia Taisa Gajda z Winnicy jest liderką jednej z najpoważniejszych ukraińskich organizacji opozycyjnych – Automajdanu walczącego z korupcją władzy, broniącego coraz większej rzeszy więźniów politycznych. Kilka miesięcy temu zorganizowała protest przeciwko mianowaniu na szefa obwodowego MSW w regionie graniczącym z kontrolowanym przez rosyjskie słuzby specjalne Naddniestrzu zaprzyjaźnionego z Poroszenką prorosyjskiego separatysty z Sewastopola. Za swoją działalność doczekała się inwigilacji przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy i gróźb śmierci ze strony władzy. Sprawa była głośna na całą Ukrainę. Ktoś z polskich przedstawicieli zainteresował się sprawą prześladowanej z powodów politycznych przez ekipę Poroszenki posiadaczki Karty Polaka, nie mówiąc już o podjęciu jakiejś interwencji? Nie. I to mimo, że sprawa dotyczyła bezpieczeństwa Polski – ewentualne opanowanie regionu przez rosyjskich dywersantów z Naddniestrza grozi przeniesieniem wojny już w bezpośrednie sąsiedztwo naszego kraju.

W lecie zeszłego roku polski konsul w Charkowa wystawił za drzwi grupę rekonstruktorów historycznych z Dniepropietrowska, którzy wybierali się do Polski by reprezentować Ukrainę w rekonstrukcji bitwy pod Grunwaldem świadomie udzielając im przy okazji nieprawdziwej informacji, że o polską wizę muszą się starać przez płatnego pośrednika. Urzędnikowi reprezentującemu Polskę pewnie na myśl nawet nie przyszło, że wśród dwudziestoparolatków, których „w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej” zbył są lider dniepropietrowskiego Euromajdanu za swoją działalność polityczną uwięziony przez reżim Janukowycza i uczestnik proeuropejskiego protestu skatowany podczas masakry urządzonej przez władze – potencjalna elita polityczna przyszłej nowoczesnej Ukrainy.

Oficjalna Polska w jego osobie pokazała im ile były (są nadal?) warte mantry polskiego MSZ-u o priorytecie stosunków polsko-ukraińskich a przy okazji zmarnowała idealną okazję do realnej budowy strategicznego polsko-ukraińskiego partnerstwa.

W zeszłym roku młodzi politycy i równocześnie rekonstruktorzy historyczni z Dniepropietrowska pod Grunwald nie dotarli. W tym roku kontaktów z „traktującą priorytetowo relacje polsko-ukraińskie” polską dyplomacją już nie próbowali, wizy pod Grunwald bez problemów wydała im Litwa. Jaki będzie ich stosunek do Polski jako dojrzałych polityków można się chyba domyślać.

Tym bardziej, że kiedy konsul w Charkowie kazał „pisać na Berdyczów” ofiarom dniepropietrowskiej masakry, podczas której na uczestników pokojowej manifestacji wysłano hordy bandytów uzbrojonych w trzonki od łopat jej organizator – były janukowyczowski wicepremier Aleksander Wiłkuł, był z honorami witany w warszawskim Ratuszu przez ówczesnego wiceprezydenta Warszawy a dziś zatroskanego o los demokracji w Polsce zwolennika KOD Jarosława Jóźwiaka. Ot taka sobie ironia losu.

To tylko kilka przykładów. A te można mnożyć niemal bez końca.

Zamiast realnej pracy polskiej dyplomacji na rzecz polsko-ukraińskiej przyszłości mamy od wielu lat sprawozdania o „owocnej współpracy z polską diasporą” i rozszalałą mafię wizową handlującą polskimi wizami niczym ziemniakami na bazarze, czego bez udziału polskich konsulów zrobić się absolutnie nie da.

Przy czym marnotrawić szanse polsko-ukraińskiej współpracy na poziomie lokalnym – który będzie decydował o tym jak będą postrzegały się nasze narody „przedstawiciele Polski” mogą właściwie bezkarnie. Jak usłyszał piszący te słowa w 2014 r. od szefowej polsko-ukraińskiej grupy parlamentarnej pani poseł Marii Zuby, jej polscy członkowie nigdy nie byli dalej niż w Kijowie bo… ostrzegano ich, że wyjazdy na ukraińską prowincję są zbyt niebezpieczne. W efekcie Aleksander Kwaśniewski zaprzyjaźniony z ukraińskimi oligarchami w swoich wojażach dotarł znacznie dalej, bo i do Dniepropietrowska i na Krym, niż polscy parlamentarzyści  interesujący się Ukrainą.  Na bezrybiu i rak rybą, więc dziś bzdury wypowiadane przez niego między jednym a drugim drinkiem urastają nad Dnieprem do rangi wypowiedzi o charakterze programowym i traktowane są niczym oficjalne stanowisko Polski.

Miarą „jakości” polskiej myśli strategicznej w odniesieniu do Ukrainy jest słynna kolacja z szefem ukraińskiej bezpieki czasów Janukowycza Walerym Choroszkowskim jaka odbyła się w Brukseli jesienią 2010 r. i miała na celu opóźnienie debaty w Parlamencie Europejskim poświęconej masowym fałszerstwom wyborczym dokonanym wówczas przez nabierający rozpędu reżim Wiktora Janukowycza. Zapomniana dziś, a niesłusznie historia idealnie pokazuje sposób postrzegania relacji polsko-ukraińskich przez polskich polityków, dla których liczy się tylko tu i teraz. Kiedy sprawa wyszła na jaw polscy eurodeputowani, którzy w tej kolacji wzięli udział – Michał Kamiński i Paweł Kowal, przekonywali, że z Choroszkowskim zgodzili się spotkać w trosce o to by nie wpychać Janukowycza w objęcia Rosji. Zamiast stawiać na przyszłość polska polityka opowiedziała się za krótkoterminowymi mirażami. Jak się ta troska skończyła widać dziś jak na dłoni. Janukowycz siedzi gdzieś w Rostowie nad Donem, a w polityce ukraińskiej coraz wiekszą rolę mimo oporu oligarchii odgrywają dziś ci, którzy przeciwko fałszerstwom wówczas protestowali. Tyle, że dziś patrzą oni na Polskę, która stanęła wówczas po stronie reżimu w najlepszym razie obojętnie zamiast jak na partnera, z którym można snuć wspólne plany.

Podobnie jest na obszarze gospodarczym.

Relacjami polskiego i ukraińskiego biznesu zajmują się zblatowane z oligarchicznymi władzami mastodonty z Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej, której z polskiej strony szefuje były poseł PZPR i SLD figurujący na „liście Macierewicza” pod wdzięcznym pseudonimem TW „Robert” a ze strony ukraińskiej zaufany człowiek byłego prezydenta Leonida Kuczmy – ojca chrzestnego ukraińskiego systemu kryminalno-oligarchicznego. Jeszcze do niedawna jako szef komitetu doradców tego tworu figurował Leszek Miller. Ukraińska klasa średnia i normalny nie podpięty pod państwo biznes trzyma się od nich z daleka. W efekcie cały sektor ukraińskiej nowoczesnej gospodarki niemającej nic wspólnego z komunistyczną przeszłością, ani rządzącą dziś oligarchią – startupy IT i nowoczesnych technologii, w tym unikatowy, tworzony od zera przez wolontariuszy w warunkach bojowych przemysł wojskowych dronów pozostają poza polem widzenia oficjalnej Polski, a sfera gospodarcza, która powinna być priorytetem polsko-ukraińskiego strategicznego partnerstwa została oddana walkowerem. Skoro Polska ich nie chce,  prędzej czy później z oczywistą stratą dla nas wezmą ich inni.

Grzechem pierworodnym polskiego myślenia o relacjach z Ukrainą pozostaje myślenie o niej w kategoriach bufora oddzielającego nas od Rosji. Z uporem godnym lepszej sprawy powtarza się, że kontakt i wspieranie Ukrainy jest niezbędne, bo ponoć gwarantuje Polsce bezpieczeństwo. Akurat bezpieczeństwo przy oligarchicznych władzach gotowych w każdej chwili wykonać dowolną woltę pod warunkiem,  że w zamian za nią spłynie na nie deszcz pieniędzy, to ostatnia sprawa, o której można na poważnie myśleć w kontaktach z dzisiejszą poroszenkowską Ukrainą.

Sedno polsko-ukraińskich relacji leży zupełnie gdzie indziej. Nawet zakładajac, że jakimś cudem bezpieczeństwo Polski miałoby zależeć od współpracy z oligarchami chciałoby się zapytać „a co po Rosji?”. Kiedy zniknie rosyjskie zagrożenie Ukraina przestanie mieć niby znaczenie dla Polski i przestanie być priorytetem polskiej polityki zagranicznej? Miliony Ukraińców były sąsiadami Polaków przez setki lat i pozostaną nimi przez kolejne setki lat. I to własnie ten fakt, a nie jakiekolwiek czynniki zewnętrzne  powinien leżeć u podstaw wzajemnych relacji. Ukraina powinna być realnym a nie werbalnym priorytetem polskiej polityki zagranicznej nie z powodu Rosji, ale z powodu samej siebie. Z powodu tego, że cokolwiek dzieje się w Ukrainie ma konkretny wpływ na sytuację naszego kraju. I w końcu ze względu na możliwości rozwoju, jakie dać może Polsce w przyszłości współpraca gospodarcza z przebudowanym nowoczesnym sąsiadem. O ile nie pomożemy Moskwie i oligarchii pod wodzą Poroszenki zabić tej ukraińskiej, a w jakiejś mierze i polskiej przyszłości.

Bandera – koło ratunkowe nieudaczników

I gdzie tu miejsce dla Stepana Bandery? – zapyta czytelnik tego tekstu.

Wytykanie Ukraińcom pomników Bandery i „ukraińskiego nacjonalizmu” jest dla wielu wygodne i będzie trwało, bo pozwala skutecznie przykryć wszystkie sprawy, o których wyżej w tym tekście. Pozwala nieudacznikom wszelkiej maści i ludziom bez elementarnych kwalifikacji być „specjalistami od Ukrainy”. Wystarczy wypowiedzieć parę ogólnikowych fraz, zwyczajowych słów potępienia i można wyrosnąć na wybitnego speca od polsko-ukraińskiej teraźniejszości a w konsekwencji i przyszłości.

Bandera, ukraiński nacjonalizm z jego symboliką mają gigantyczną zaletę – zwalniają od wiedzy,  myślenia i pracy. Bo myślenie, zbieranie wiedzy i konstruowanie na jej podstawie przyszłości to zadanie znacznie trudniejsze i żmudniejsze niż wytykanie pomnika, czy wygrażanie mu. Co gorsza to zadanie, którego nie da się wymierzyć latami kadencji, a więc z politycznego punktu widzenia nieinteresujące.

Dzięki Banderze bez przeszkód robi karierę i poucza Ukraińców „w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej” rzutem na taśmę mianowany konsulem we Lwowie przez odchodzącego Radosława Sikorskiego były konsul generalny w Sewastopolu, który w marcu 2014 r. piszącego te słowa rzucił na pastwę rosyjskich służb specjalnych na okupowanym Krymie uciekając cichaczem pod osłoną nocy i  kłamiąc potem w polskich w mediach, że wszyscy którzy chcieli już z Krymu wyjechali.  Starający się dziś o posadę w Łucku pokrzykuje w publicznym wystąpieniu „Jak bandyta może być bohaterem?!” dolewając oliwy do ognia w historycznym sporze o Stepana Banderę. I myślę, że jako stary wyjadacz wie co robi. Wie, że pohukiwanie o „banderowcach” przesłoni jego rzeczywiste „zasługi” z czasów krymskiej rejterady.

W okowach „myślenia Giedrojciem”

Mnóstwo złego robi też swoiste „ukąszenie giedrojciowskie” – tradycyjne w polskim myśleniu politycznym o Ukrainie postrzeganie relacji polsko-ukraińskich i układanie ich w oparciu o relacje z marginesem ukraińskiego społeczeństwa – zachodnioukraińskimi, głównie galicyjskimi obywatelami II RP, jacy po II wojnie światowej znaleźli się na Zachodzie, i to jeszcze z tą ich częścią, która była najbardziej nieprzychylnie do Polski nastawiona. Dziś kontynuatorzy tego kierunku myślenia o Ukrainie skupiają się na relacjach z zachodnioukraińską diasporą w Polsce, odrębnymi kulturowo i mentalnie od tzw. Wielkiej Ukrainy mieszkańcami Wołynia i Hałyczyny i „zawodowymi patriotami” z kilku kijowskich instytucji.

Tymczasem 95 procent mieszkańców Ukrainy Bandera, Wołyń i historyczne zaszłości między obywatelami polskimi narodowości ukraińskiej i ich sąsiadami narodowości polskiej ani ziębią, ani grzeją. Dokładnie tak, jak autora tego tekstu mało obchodzą spory wokół Jedwabnego. Kiedy grupa polskich bandytów razem z niemieckimi żołdakami mordowała tam Żydów dziadek autora – polski nauczyciel i przedwojenny działacz Akcji Katolickiej siedział za drutami niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz, i to, a nie jakaś mieścina na Podlasiu jest moją historią. Współczucie? Tak. Poczucie winy? A niby z jakiej racji?

Kiedy w przedwojennej Polsce działał Stepan Bandera żyjący pod sowieckim jarzmem dziadkowie i ojcowie 90 proc. dzisiejszych Ukraińców wywożeni byli do sowieckich łagrów, mordowani milionami w hołodomorze. Kiedy w 1943 r. tysiące Polaków ginęło na Wołyniu z ręki swoich sąsiadów – obywateli polskich narodowości ukraińskiej sowieckie dowództwo topiło w wodach Dniepru 200 tys. „pidżaczników” – wywleczonych z domów cywilów z lewobrzeżnej Ukrainy, których bez broni zapędzono pod serie niemieckich automatów. Opowiadanie ich potomkom o polskich doświadczeniach z Banderą, Szuchewyczem, o Wołyniu wywoła ludzki odruch współczucia, żądania pokajania się – niemal zawsze wzruszenie ramion. I czasem pytanie, „to pocoście ich wypuszczali z więzienia”?

Największa i najbardziej znana w Polsce nacjonalistyczna „cepelia” – opanowana przez byłych aktywistów KPZR i Komsomołu partia Swoboda – ukraiński odpowiednik polskiego Zjednoczenia Patriotycznego Grunwald, która jak ujawniły niedawno opublikowane zapisy „czarnej kasy Partii Regionów” była przez lata opłacana potajemnie przez ludzi Janukowycza, czyli de facto przez Kreml, ma dziś w skali całej Ukrainy 1,6 procent poparcia. Nawet na zachodzie kraju, w swoim mateczniku to margines, na który skłonnych jest głosować 3,3 procent wyborców. W centralnych regionach Ukrainy popiera ją 1 procent, na południu 1,3 a na wschodzie 0,2 procent wyborców. Nacjonalistyczny Prawy Sektor ma dziś poparcie rzędu 0,9 procent, a Państwowy Ruch Jarosza 0,7 procent. I to jest miara poparcia Ukraińców dla nacjonalistycznej ideologii w jej  twardym integralnym wydaniu przedstawianym dziś w Polsce jako dominujący nurt ukraińskiego społeczeństwa.

Antymoskiewsko i reformatorsko nastawieni Ukraińcy niezależnie od głosów znad Wisły określają się dziś i będą określać się mianem banderowców, wywieszać czerwono-czarne flagi i stawiać pomniki Bandery. Ale robią to i będą tak robić nie dlatego, że są fanatycznymi zwolennnikami idei integralnego nacjonalizmu, naczytali się dzieł Stepana Bandery, czy podoba im się zabijanie Polaków w 1943 r. przez polskich obywateli takiej samej jak oni narodowości i chcieliby to zrobić tym razem sami. Będą to robić dlatego, że na ich wrogów tak zewnętrznych, jak wewnętrznych te, a nie inne symbole działają jak płachta na byka. I będą to robić dopóty, dopóki z Kremla ukraińscy patrioci walczący z rosyjską agresją będą określani mianem „banderowców” a wtórujący Putinowi Poroszenko będzie na zamkniętych spotkaniach  Służby Bezpieczeństwa Ukrainy wykrzykiwał o „cynicznych banderowcach” pod adresem  ochotników nie pozwalających na gospodarczą kolaborację z wrogiem. To sytuacja analogiczna do tej, jaką mieliśmy u nas w czasach komuny z „wichrzycielami” czy „rozwydrzonymi wyrostkami”. Polska, jak by nie przekonywali nad Wisłą nie ma tu nic do rzeczy. A potem za jakiś czas te symbole odejdą do szafy z pamiątkami historycznymi, w której dziś leży i porasta kurzem, odpowiedzialny za rzeź tysięcy i wepchnięcie Ukrainy na setki lat pod but Moskwy Bohdan Chmielnicki.

Jednak zanim to nastąpi wszelkiej maści „spece od Ukrainy” w Polsce będą się burzyć przeciwko „ukraińskiemu nacjonalizmowi” i symbolizującemu go obywatelowi II RP Stepanowi Banderze. I zastępować lamentami i pokrzykiwaniami opartą o wiedzę i skonkretyzowane interesy realną politykę. Bo tak po prostu łatwiej. A że to strzały kulą w płot, które kompletnie do niczego nie prowadzą? A co ich to obchodzi?

Michał Kozak

Autor jest dziennikarzem ekonomicznym i prezesem Polsko-Ukraińskiej Fundacji Wolności i Rozwoju. Był radnym m.st. Warszawy kadencji 1998-2002, obserwatorem miedzynarodowym na wyborach prezydenta Ukrainy w 2004 r. i wyborach parlamentarnych 2012 r. Od 2008 r. mieszka na wschodzie Ukrainy, w latach 2011 – 2014 r. na Krymie, gdzie przeżył rosyjską okupację półwyspu.

Tekst napisany w październiku 2016 r. na prośbę portalu Jagielloński24.pl.

fot.depo.ua