Niebezpieczne gry z hrywną

278

Bank centralny Ukrainy ograniczył wczoraj sprzedaż walut – jedna osoba będzie mogła nabyć ich jedynie za równowartość 3 tys. hrywien dziennie. Od stycznia ukraińska waluta straciła około 70 proc. na wartości.

Ukraińska hrywna leci na łeb, na szyję, bank centralny co rusz rzuca nowe pomysły, jak ratować sytuację, a eksperci coraz częściej mówią o winie jego urzędników. Zarzucają im nie tylko nieudolność, lecz także zatajanie kluczowych danych, a nawet udział w spekulacyjnej zmowie. Od stycznia ukraińska waluta straciła około 70 proc. na wartości. Nie dało się już sztucznie utrzymywać jej kursu, jak to się działo przez lata z powodów politycznych. O ile jednak zdaniem większości ekspertów ograniczona dewaluacja hrywny przyniosłaby pozytywne efekty, wspierając eksport i poprawiając tym samym fatalne saldo ukraińskiej wymiany handlowej, o tyle tak duży spadek wartości ukraińskiej waluty po prostu demoluje gospodarkę nad Dnieprem.

Najnowsza fala dewaluacji rozpoczęła się pod koniec lipca i zbiegła się z ogłoszeniem rozpadu rządzącej nad Dnieprem koalicji i – ostatecznie nieprzyjętą przez parlament – dymisją premiera Arsenija Jaceniuka. W efekcie oficjalny, ustalany przez Narodowy Bank Ukrainy (NBU), kurs zrywny, który jeszcze na początku 2014 roku oscylował wokół 8,30 za 1 dol., spadł w sierpniu o 12,5 proc. i na koniec miesiąca wyniósł 13,60 hrywien za 1 dol. W stosunku do euro ukraińska waluta straciła w tym samym czasie 10,6 proc. Za 1 euro w końcu sierpnia trzeba było zapłacić 17,92 hrywien.

Bank centralny na usługach?

W ocenie NBU istotne wahania kursowych nie mają makroekonomicznych podstaw, a presja na hrywnę jest wynikiem reakcji rynku na wojnę na wschodzie kraju.

– To zjawisko czasowe, bo zewnętrzna sytuacja kraju w ciągu ostatnich miesięcy znacząco się poprawiła – przekonuje Waleria Gontariewa, szefowa NBU.

Przedstawia wyliczenia, według których mimo wojny z Rosją deficyt rachunku bieżącego zmalał w ciągu roku z 5,4 mld dol. do 1,9 mld dol. Sytuację jeszcze miałby poprawić zastrzyk pieniędzy z międzynarodowych instytucji finansowych. Zapewnienia te jednak nie przekonują ekonomistów.

– Pod przykrywką wojny trwa szeroka walutowa spekulacja, w której regulator, NBU, jest jednym z głównych uczestników – uważa Andriej Nowak, szef Komitetu Ekonomistów Ukrainy. – Kurs powinien być głównym i jedynym zadaniem NBU, ale bank z jakiegoś powodu zajmuje się tym tylko pro forma, żeby nie mówiono, że u nas w ogóle nie ma banku centralnego. W rzeczywistości on jedynie podsyca dewaluację, bo rozdaje refinansowanie na prawo i lewo, a banki, które dostają hrywnę w ramach refinansowania, biegną z nią na rynek walutowy zamiast ją wykorzystywać do uzdrowienia swojej sytuacji. NBU nie wypełnia niestety swojej głównej funkcji.

Nowakowi wtórują inni ukraińscy ekonomiści.

W ocenie byłego wiceministra finansów i wiceszefa NBU w latach 1991–1992 i 2005–2009 Ołeksandra Sawczenki bank centralny pod kierownictwem Gontariewej właściwie zrezygnował z kontroli nad emisją hrywny, jej kursem i inflacją.

– Co najmniej jeden albo dwa z tych parametrów trzeba kontrolować, a teraz nie kontroluje się niczego. W takich warunkach ludzie i biznes zaczynają się denerwować – komentuje Sawczenko.

W jego ocenie za dewaluację narodowej waluty odpowiadają też parlamentarzyści – oligarchowie, którzy licząc się z tym, że w przewidywanych na jesień przedterminowych wyborach mogą stracić mandaty i polityczną ochronę swoich lukratywnych interesów (a także przyzwolenie na unikanie podatków), masowo wyprowadzają kapitały z rynku.

– Kiedy to robią, kurs pada, ale Ministerstwo Gospodarki i NBU powinny za tym nadążać i nie dopuszczać do tego – zauważa.

– Nie ma obiektywnych przyczyn dla dewaluacji. Saldo obrotów handlu zagranicznego jest zbilansowane, czekamy na kolejną transzę wsparcia MFW, gazu z Rosji nie kupowaliśmy, dzięki czemu zaoszczędziliśmy walutę, z wyjątkiem lipca, kiedy tradycyjnie popyt rośnie w związku z wyjazdami na urlop, obywatele także nie kupowali masowo dolarów. Spokojnie można było utrzymywać kurs – przekonuje w wywiadzie dla gazety „Deń” Wołodymyr Łanowyj, były minister gospodarki, a obecnie szef Centrum Reform Rynkowych.

W jego ocenie za gwałtowną dewaluacją stoi rząd, który dzięki niej napełnia budżet dodrukowywaną hrywną.

„Nie ma oczywiście politycznej woli, żeby rozwiązać problem” – konstatuje „Deń”, zwracając uwagę, że zarówno prezydent Petro Poroszenko, jak i premier Arsenij Jaceniuk mają za sobą staż w strukturach ukraińskiego banku centralnego, więc o co jak o co, ale o nieświadomość tego, co się dzieje, posądzać ich nie należy.

Za tym, że dewaluacja miałaby być zaakceptowana na najwyższym szczeblu, ma przemawiać fakt, że dochodzi do niej przy stosunkowo niewielkich obrotach na ukraińskim rynku międzybankowym. O ile rok temu sięgały one nawet 1,5 mld dol., to obecnie wahają się w granicach 200–300 mln dol. dziennie.

Tymczasem komentatorzy nad Dnieprem zarzucają bankowi centralnemu już nie tylko nieudolność w walce z dewaluacją hrywny, lecz również zatajanie kluczowych danych, czy raczej ujawnianie ich wyłącznie wybranym, przez rynkowi gracze mają nierówne szanse. Ma to dotyczyć m.in. danych o bilansie płatniczym Ukrainy, który dzięki dewaluacji hrywny i wzrostowi eksportu do krajów Unii Europejskiej miałby w sierpniu wyjść na zero.

– W połowie września NBU nie podał jeszcze publicznie danych dotyczących sierpniowego bilansu płatniczego, za to nie wiedzieć czemu dane te otrzymali od szefowej banku centralnego wyłącznie uczestnicy forum YES, które ostatnio odbyło się w Kijowie – zarzuca Natalii Gontariewej Oleh Soskin, dyrektor Instytutu Transformacji Społeczeństwa.

I tak zapłacą obywatele

Krytykowany za bierność bank centralny w połowie sierpnia rozpoczął w końcu niewielką interwencje na rynku międzybankowym, by w końcu skoncentrować się na działaniach czysto administracyjnych.

Na początku września zaczęło obowiązywać postanowienie NBU ograniczające możliwości obrotu walutami przez obywateli. W założeniu ma ono obowiązywać przez trzy miesiące, choć nie wyklucza się jego przedłużenia.

Otrzymać swoje oszczędności z depozytów walutowych przedterminowo Ukraińcy mogą teraz wyłącznie w hrywnie i to w dodatku po zaniżonym kursie ustalanym samodzielnie przez bank prowadzący rachunek depozytowy. Po upływie terminu, na jaki zawarta była umowa depozytowa, bank wypłaca klientowi depozyt w walucie, w której był prowadzony rachunek, ale jedynie w równowartości 15 tys. hrywien, czyli nieco ponad 1 tys. dol. dziennie.

Maksymalna suma przekazów walutowych za granicę od jednej osoby to obecnie równowartość 15 tys. dol. dziennie, przy czym obcokrajowcy muszą dysponować dokumentami potwierdzającymi pochodzenie przesyłanych środków. Łączna wartość przekazów w ciągu miesiąca nie może być większa niż równowartość 150 tys. hrywien.

Bank centralny zakazał także posiadaczom kart kredytowych wypłat walutowych zarówno w bankomatach, jak i w oddziałach banków. Ograniczono także możliwość kupna waluty przez obywateli – dziennie w jednym banku przysługuje równowartość 15 tys. hrywien.

– Główną podstawą decyzji o obowiązkowym przeliczeniu przekazów gotówkowych z zagranicy na hrywnę jest walka z praniem brudnych pieniędzy i finansowaniem terroryzmu. Otwarcie rachunku w banku z pełną identyfikacją klienta pozwala tego uniknąć  – przekonywało kierownictwo NBU.

Mało kogo udało się jednak przekonać. Przekazy zagraniczne były od zawsze spersonalizowane, a wypłata ich w tracącej na wartości hrywnie zamiast w dolarach czy w euro w najmniejszym stopniu nie wpływa na „czystość” pieniędzy ani na to, na jaki cel zostaną one wydane. Co więcej, ma się ona odbywać nie po kursie banku centralnego, tylko samodzielnie ustalanym przez dokonujące jej banki. Kierownictwo NBU twierdzi, że „w ostatnim czasie nikt na te kursy nie narzekał”. W praktyce otrzymując przelew z zagranicy, przeciętny Ukrainiec musi teraz, przy uwzględnieniu różnic kursu rynkowego i oferowanego przez banki, zapłacić nawet 8 proc. haraczu. I właśnie ów haracz najpewniej stanowi zapłatę banku centralnego z kieszeni obywateli za pomoc w stabilizacji, a przynajmniej za powstrzymanie się bankowców od dalszego rozhuśtywania kursu hrywny.

Według szacunków NBU w zeszłym roku Ukraińcy otrzymali przekazy walutowe z zagranicy na łączną kwotę 4,9 mld dol. Przez trzy miesiące, przez jakie ma obowiązywać obostrzenie, oddać bankom komercyjnym mieliby prawie 100 mln dol. Bardzo wątpliwe jednak, by to zrobili. Najprawdopodobniej odżyje instytucja nieformalnych kurierów – znajomych podrzucających gotówkę pozostającym w kraju rodzinom emigrantów zarobkowych przy okazji odwiedzin ojczyzny. Tak jak wtedy, kiedy do przekazów zarobkowych z zagranicy próbowała się dobrać ekipa Janukowycza. Obiecany przez NBU w zamian za współpracę bankierom łakomy kąsek przejdzie koło nosa.

Dostało się też eksporterom

Pod koniec sierpnia NBU wydał postanowienie zobowiązujące ukraińskich eksporterów do odsprzedaży 100 proc. walut wymienialnych i rubli uzyskiwanych przez nich z tytułu transakcji zagranicznych. Dotychczas musiały one sprzedawać NBU połowę. Nowa regulacja ma obowiązywać do 21 listopada.

Wprowadzenie obowiązku sprzedaży całości waluty nie poprawiło jednak sytuacji. Kurs hrywny dalej spada.

Urzędowy optymizm na wyrost?

Ministerstwo Finansów liczy na to, że przed końcem roku hrywna nieco się uspokoi, a jej kurs spadnie o parę procent.

– Kurs 12 hrywien za dolara jest całkowicie zrównoważony i mógłby pozostać do końca roku. Liczymy na to – oznajmił Aleksandr Szłapak, minister finansów.

W przyszłorocznym projekcie budżetu rząd prezentuje już mniej optymizmu. Zakładany tam kurs dolara to 12,9 hrywny, ale w jaki sposób go osiągnąć, pozostaje tajemnicą. Zdaniem p.o. wiceszefa NBU Ołeksandra Pysarczuka o stabilizacji ukraińskiej waluty będzie można mówić dopiero w 2015 roku.

Na razie w sukurs bankowi centralnemu ruszyło Ministerstwo Finansów, które chce przy okazji zarobić co nieco na walutowej panice. W połowie września zaproponowało wprowadzenie specjalnego podatku od zakupu walut obcych. Mieliby go płacić klienci ukraińskich kantorów. Sam zaś bank centralny zaczyna wprowadzać ograniczenia: Ukrainiec będzie mógł dziennie kupić nie więcej niż równowartość 200 dol. Jeśli taka regulacja wejdzie w życie, to z pewnością utrudni życie zwykłym obywatelom i przyczyni się do rozwoju czarnego rynku walutowego. Wątpliwe za to, by powstrzymała dewaluację nakręcaną przez oligarchów.

Michał Kozak, ObserwatorFinansowy.pl

http://www.obserwatorfinansowy.pl/otwarta-licencja

http://www.obserwatorfinansowy.pl/wp-content/uploads/2013/12/Otwarta-licencja.png