Ukraina chciałaby zostać spichlerzem świata

845
Ukraina przymierza się do odegrania kluczowej roli na światowym rynku zbożowym. Mimo wielkiego potencjału dzisiaj wydaje się to prawie niemożliwe.

Według prognoz władz Ukrainę czeka w tym roku rekordowy urodzaj zbóż – przewidywane zbiory mają sięgnąć 58 mln ton wobec zeszłorocznych 46,2 mln ton. Dzięki temu eksport zbóż z naddnieprzańskich stepów może przekroczyć w roku marketingowym 2013–2014 30 mln ton – szacują urzędnicy. Tak jak w 2011 roku, kiedy także odnotowano rekordowe plony, pozytywnie wpłynie to na ukraiński PKB. Rządowe szacunki mówią o tym, że mimo dramatycznej sytuacji innych sektorów gospodarki rolnictwo prawdopodobnie pozwoli utrzymać tegoroczny wzrost PKB kraju na poziomie zbliżonym do zera, nie pozwalając mu spaść poniżej tej psychologicznej granicy. Choć urzędnicy się cieszą, to porównanie możliwości i osiąganych wyników już wcale nie jest tak wesołe.

Wyżywić kontynent

– Staliśmy się silnym graczem na światowym rynku żywności. W ciągu trzech kwartałów tego roku zwiększyliśmy eksport płodów rolnych i produktów spożywczych o 35 proc. w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku – poinformował ostatnio Mykoła Prysiażniuk, minister polityki rolnej i zaopatrzenia Ukrainy.

Łącznie od początku roku eksport sektora rolno-spożywczego przyniósł naszemu wschodniemu sąsiadowi 8,7 mld dol. Jak podają źródła rządowe, dokonano wyboru 30 krajów, które uznano za priorytetowe, a ukraińskie MSZ szykuje ofensywę dyplomatyczną mającą je otworzyć na ukraińskie produkty rolne. Główne kierunki ekspansji to państwa Unii Europejskiej i Chiny.

– Za 15 lat ukraińscy rolnicy będą w stanie dostarczać już 90 mln ton zboża. Dzięki temu nasz kraj stanie się jednym z liderów światowego rynku zbożowego. Jednak zanim do tego dojdzie, potrzeba kolosalnych inwestycji, w sumie 70 mld dol. Podbiliśmy już rynki w Północnej Afryce i na Bliskim Wschodzie. Kraje tych regionów w 30–70 proc. zależą od naszego zboża. Ukraina jest w stanie wykarmić do 600 mln ludzi. Około 20 proc. produkcji będziemy wykorzystywać sami, resztę będzie można eksportować – ocenia Leonid Kozaczenko, prezes Ukraińskiej Konfederacji Agrarnej (UAK).

Oligarchowie wolą łatwy chleb

Potencjał Ukrainy, której naddnieprzańskie stepy to 25 proc. światowych zasobów czarnoziemu, eksperci w zakresie zbóż szacują nawet na 110 mln ton rocznie, co daje jej mocne miejsce w pierwszej piątce światowych producentów, na razie te możliwości pozostają jednak niewykorzystane. By to się zmieniło, konieczne będą solidne zmiany, m.in. zbudowanie potężnej sieci irygacyjnej zaopatrującej w wodę ogromne połacie stepu. W przeciwnym razie w ciągu kilku dziesięcioleci nawet 20 proc. terenów rolnych Ukrainy może się zmienić w jałową pustynię – oceniają eksperci w Kijowie.

Dziś nawadnianych jest zaledwie 400 tys. ha pól. Według ocen ministerstwa rolnictwa zwiększenie w ciągu kilku lat nawadnianej powierzchni w południowych obwodach kraju pozwoliłoby im uzyskiwać z rolnictwa 27 mld dol. przychodu rocznie.

Tymczasem oligarchowie, którzy zarabiają dziś krocie na ukraińskiej ziemi, nie mają zamiaru ani o nią dbać, ani w nią inwestować. Tym bardziej, że ukraińska specyfika sprawia, że kontrolujące setki tysięcy hektarów agroholdingi są dzierżawcami gruntów rolnych nominalnie należących bądź do państwa, bądź do byłych pracowników kołchozów i sowchozów, którzy otrzymane na papierze nadziały ziemi oddali w dzierżawę oligarchom, nie mając ani sprzętu, ani umiejętności, by samodzielnie na nich gospodarować.

Władające nieraz setkami tysięcy hektarów oligarchiczne agroholdingi nie przejmują się stanem uprawianej przez siebie ziemi. W efekcie mająca rewelacyjne grunty rolne Ukraina może „poszczycić się” żenująco niską efektywnością – średnie plony zbóż nad Dnieprem wynoszą raptem 30 kwintali z hektara.

Konieczność solidnych inwestycji wystraszyła nawet największego ukraińskiego oligarchę Rinata Achmetowa. Kontrolowany na spółkę przez Achmetowa i oligarchę Wadima Nowinskiego agroholding HarvEast, który dysponuje w sumie 220 tys. ha, poinformował ostatnio o planach pozbycia się spółki obrabiającej 15 tys. ha stepu w obwodzie zaporoskim. Jako jeden z powodów szefostwo firmy podało „ryzyko klimatyczne”.
– Jednym z naszych priorytetów, jednym z kluczowych warunków dalszego wzrostu jest zmniejszenie ryzyka klimatycznego. Dziś pracujemy głównie w strefie ryzyka, gdzie nasze rezultaty zależą w znacznej mierze od pogody. Staramy się rozszerzyć swój bank ziemi w innych, mniej ryzykownych regionach i dlatego równolegle podjęliśmy decyzję o sprzedaży aktywów holdingu w obwodzie zaporoskim – poinformował Simon Czerniawskij, dyrektor generalny HarvEastu.

Oprócz inwestycji trzeba też będzie rozwiązać problem z systematycznym wyjaławianiem ziemi. Najwieksze zyski przynosi dziś uprawa słonecznika, zatem co roku bez jakiegokolwiek płodozmianu wiele agroholdingów obsiewa nim te same pola. Władze zdają sobie co prawda sprawę z negatywnych konsekwencji, jakie w perspektywie niesie to za sobą, ale jak dotąd nie udało im się wymusić respektowania obowiązujących w tym zakresie przepisów.

Specyficzną formę walki z wyjaławianiem gruntów rolnych przez monokulturę słonecznika, która zajmuje tam 700 tys. ha (aż 35 proc. ogólnego areału) zapowiedziały ostatnio władze obwodu charkowskiego – planują pozbawić wyjaławiających glebę przysługujących producentom rolnym ulg podatkowych.

Wycinanie konkurencji

Jak najlepiej poradzić sobie konkurencją? W ogóle nie pozwolić na jej powstanie. Wydaje się, że taka dewiza przyświeca dziś ukraińskiemu rządowi w odniesieniu do kontrolowanego przez oligarchów rolnictwa.

Do tej pory główną barierę utrudniającą pełną oligarchizację ukraińskiego rolnictwa stanowiły zapisy ustawowe blokujące swobodny obrót ziemią. Moratorium ma jednak obowiązywać jeszcze przez niecałe trzy lata. Potem obrót gruntami rolnymi zostanie uwolniony. Obowiązujące ograniczenia przewidują zaś, że w rękach jednej osoby może znaleźć się maksymalnie 100 ha ziemi rolnej. Płacące dziś za dzierżawę po kilkaset hrywien z hektara agroholdingi będą przegrywać z wywodzącymi się z lokalnych społeczności farmerami gotowymi odkupić udziały w pokołchozowej ziemi, płacąc za nią wielokrotność czynszu dzierżawnego.

Ukraina stawia na rolnictwo, do sektora napływają kolejne inwestycje, jest duży zapas gruntów leżących odłogiem, ale na przeszkodzie rozwoju stoi katastrofalny brak wykształconej kadry – alarmują ukraińscy eksperci.

W czasach ZSRR praca w kołchozach czy sowchozach była „zastrzeżona” dla nieposiadających kwalifikacji ani aspiracji zawodowych, przez co jeszcze przez wiele lat po upadku imperium traktowana była jako mało prestiżowa. Przez 20 lat sytuacja nieco się zmieniła, a coraz więcej młodych ludzi traktuje rolnictwo jako szansę na gospodarowanie na swoim i awans do klasy średniej. Co prawda ogłoszony przez Wiktora Janukowycza, prezydenta Ukrainy, program rozwoju gospodarki jako jeden z hamulców rozwoju gospodarki wymienia „narastanie dysproporcji pomiędzy przygotowaniem fachowych kadr a popytem na nich na rynku pracy” i przewiduje w związku z tym modernizację sieci szkół wyższych, jednak akurat w sektorze rolniczym odpowiedzialni za edukację urzędnicy wzięli kurs na likwidację wykształconych kadr.

W sytuacji, w której ukraińskie rolnictwo cierpi na chroniczny brak fachowców, latem tego roku rząd Nikołaja Azarowa podjął decyzję o faktycznej likwidacji dwóch uniwersytetów rolniczych  obsługujących młodzież z centralnych i południowych obwodów kraju, które obfitują w czarnoziemy – w Dniepropietrowsku i Odessie. Pierwszy połączono w jedną uczelnię z akademią służby celnej, a drugi postanowiono scalić z akademią finansową. Dopiero po masowych prostestach studentów i wykładowców rząd wycofał się z faktycznie likwidującej szkolenie przyszłych farmerów w najważniejszych rolniczo regionach decyzji. Choć na jak długo, nie wiadomo.

Jak oceniają eksperci, podpisanie umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską może ułatwić dostęp młodych ukraińskich farmerów do nowoczesnych maszyn, kwalifikowanego materiału siewnego i wysokiej jakości środków ochrony roślin. Bez wiedzy rolniczej te możliwości pozostaną jedynie na papierze. Od swoich rodziców i dziadków młodzi Ukraińcy wychowani na wsi będą się różnić tylko tym, że o ile tamci nie mieli ani wiedzy niezbędnej do samodzielnego gospodarowania na roli, ani dostępu do nowoczesnego zaplecza, oni nowoczesne maszyny rolnicze będą mogli pooglądać w katalogach czy na wystawach, ale podobnie jak starsze pokolenie nie będą umieli z nich korzystać. A po zablokowaniu przez władze możliwości nauki przez przyszłych farmerów ich rodzice i dziadkowie sami oddadzą oligarchom swoją ziemię, której nie będzie miał kto uprawiać – jak do tej pory w dzierżawę, za jakiekolwiek pieniądze, byle tylko pozbyć się czegoś, z czego i tak ich rodziny nie będą mogły korzystać.

Jest mało prawdopodobne, by Ukraina mogła wówczas wykorzystać szansę na uzyskanie pozycji spichlerza świata. Znacznie realniejsze będzie utrzymanie oligarchicznego status quo i zmarnowanie otwierających się dziś możliwości.

Michał Kozak, ObserwatorFinansowy.pl

Otwarta licencja

http://www.obserwatorfinansowy.pl/wp-content/uploads/2013/12/Otwarta-licencja.png