Waregowie w Kijowie

804

Desant specjalistów z zagranicy, nazwany nad Dnieprem „ekipą Waregów”, obsadza kolejne stanowiska w administracji państwowej. Zdaniem zwolenników, to remedium na główną ukraińską bolączkę – korupcję. Sceptycy przekonują, że to zasłona dymna dla władzy, która żyje tak samo, jak robiła to ekipa Janukowycza.

Po kilku miesiącach działania zagranicznych ekspertów w ukraińskim rządzie naród podzielił się na tych, którzy widzą w nich ostatnią nadzieję i tych, którzy traktują obcokrajowców, jak listek figowy, który ma zasłaniać bezeceństwa nowej ekipy rządowej przed oczami zachodnich sojuszników.

Jesienią zeszłego roku administracja pezydeta Ukrainy za pośrednictwem Narodowej Rady Reform zleciła agencjom headhunterskim wytypowanie 24 osób na kluczowe stanowiska w administracji państwowej.

– To ludzie z doświadczeniem menedżerskiej pracy w ekonomii, polityce i biznesie. To Gruzini, Litwini, Amerykanie. Są wśród nich nawet byli ministrowie – opowiadał szef parlamentarnej frakcji Bloku Petra Poroszenki Jurij Łucenko.

Według informacji opublikowanych przez Kijowskie Centrum Badań Politycznych i Konfliktologii za „zagranicznym desantem” w ukraińskim rządzie stać mają władze USA. Mianowanie ministrów-obcokrajowców miało być jednym z warunków postawionych przed prezydentem Petrem Poroszenką przez amerykańskiego wiceprezydenta Joe Bidena, jako warunek udzielenia Ukrainie pomocy makroekonomicznej.

Ostatecznie wybrano 17 kandydatów. Dwoje z nich Aiwaras Abromavicius i Natalia Jaresko zostało ministrami, pozostali trafili na „ławkę rezerwowych”. Ekipę „Waregów” – tak nazywano skandynawskich Wikingów, którzy zapuścili się w rejony dzisiejszej Ukrainy – uzupełnił, a raczej zdominował desant z Gruzji złożony z byłego prezydenta tego kraju Mikaela Saakaszwilego i członków jego ekipy. Saakaszwili swego czasu studiował w Ukrainie i jego związki z tym krajem do dziś są bardzo bliskie a wytoczone mu przez następców zarzuty nadużycia władzy zmusiły go do opuszczenia kraju – Ukraina była dla niego naturalnym kierunkiem politycznej emigracji.

USA podobnie jak Kanada, to z racji obecności tam licznej diaspory ukraińskiej tradycyjne kierunki, z których od lat Ukraina ściąga fachowców – potomkowie emigrantów nie mają większych problemów z aklimatyzacją w kraju przodków. Kraje nadbałtyckie to z punktu widzenia Ukraińców niemal nie zagranica.

Zagraniczny desant w rządzie

2 grudnia ukraiński parlament zatwierdził skład rządu, w którym znalazło się trzech ministrów z zagranicy.

Stanowisko ministra finansów objęła Amerykanka ukraińskiego pochodzenia Natalia Jaresko, która wcześniej pracowała w wydziale ekonomicznym Departamentu Stanu USA a w latach 1992-1995 kierowała wydziałem ekonomicznym ambasady USA w Kijowie. Od 1995 r. pracowała w działającym w Ukrainie i Mołdawii funduszu inwestycyjnym Western NIS Enterprise Fund zostając w 2001 r. jego szefową. W 2006 r. Jaresko założyła firmę Horizon Capital, do której należą fundusze inwestycyjne Emerging Europe Growth Fund I i II. W latach 2005-2010 była członkinią powołanej przez ówczesnego prezydenta Wiktora Juszczenkę Rady Konsultacyjnej do spraw inwestycji zagranicznych i komitetu konsultacyjnego Ukraińskiego Centrum Sprzyjania Inwestycjoom Zagranicznym działającego przy Radzie Ministrów.

Minister gospodarki, Litwin Aiwaras Abromavicius, ma żonę Ukrainkę i od wielu lat mieszka w Kijowie. Jest partnerem szwedzkiej firmy inwestycyjnej East Capital, która zainwestowała w Ukrainie 200 mln dolarów. Wcześniej Abromavicius pracował dla East Capital w Rosji.

Jego doradczynią została Estonka Janika Merilo – ma się zajmować przyciąganiem zagranicznych inwestycji, poprawą klimatu inwestycyjnego, koordynacją programów międzynarodowych i opracowaniem programu „elektronicznego rządu”.

Choć Merilo przedstawiano jako dyrektora zarządzającego Ukraińskiego Stowarzyszenia Kapitału Venture i Bezpośrednich Inwestycji z bogatym doświadczeniem w sferze inwestycyjnej, media ujawniły, że stanowisko to objęła zaledwie cztery miesiące przed mianowaniem na funkcję w rządzie.

Ministerstwo zdrowia przypadło Aleksandrowi Kwitaszwlili, który w latach 2008 – 2010 pełnił analogiczne stanowisko w gruzińskim rządzie. Swoją nominację według KCBPiK Kwitaszwili zawdzięczać ma – podobnie jak wiceszefowa ukraińskiego MSW Eka Zguładze – Władimirowi Gurgenidze, byłemu premierowi Gruzji z czasów Saakaszwilego, który wcześniej zajmował kierownicze stanowiska w amerykańskiej ABN AMRO Corporate Finance i kanadyjskim banku inwestycyjnym Putnam Lovell NBF.

W lutym tego roku wiceministrem sprawiedliwości został Gia Gecadze, dziekan wydziału prawa Państwowego Uniwersytetu Illi, w czasach prezydentury Saakaszwilego zajmujący stanowiska wiceministra sprawiedliwości i wiceministra spraw wewnętrznych Gruzji.

Były prezydent Gruzji, Mikael Saakaszwili, początkowo typowany był na szefa nowoutworzonego Narodowego Biura Antykorupcyjnego, ostatecznie jednak, kiedy okazało się że zgodnie z ustawą musiałby zrzec się gruzińskiego obywatelstwa, zrezygnował z ubiegania się o to stanowisko zostając doradcą Petra Poroszenki.

W styczniu zaproszenie Poroszenki dostał Leszek Balcerowicz. – Kijów potrzebuje międzynarodowego poparcia, żeby stabilizować gospodarkę, a sytuacja jest unikalna dla prowadzenia reform, dlatego Balcerowicz dostał propozycję „przyłączenia się do ich przeprowadzenia” – komentowała propozycję administracja ukraińskiego prezydenta.

Waregowie nowoczesnej Europy

Pomysł powoływania na rządowe stanowiska obcokrajowców wzbudził nad Dnieprem mieszane reakcje.

Zwolennicy rozwiązania przekonują, że obecność obcokrajowców w rządzie jest jedynym rozwiazaniem, w sytuacji, gdy na szczytach władzy brak woli politycznej dla prowadzenia reform, a bez ich powołania Ukraina nie miałaby nawet cienia szans za pomoc makroekonomiczną Zachodu.

– Obecność w rządzie obcokrajowców, choćby z minimalnie znanym nazwiskiem, to gwarancja, że pomoc finansowa udzielana przez Zachód będzie zwracana. To także dowód, że zachodni partnerzy nie mają zaufania do ukraińskich władz – uważa Andriej Jermolajew z Instytutu Badań Strategicznych „Nowa Ukraina”.

Przybysze będą bardziej efektywni niż miejscowe kadry, bo mają za sobą doświadczenie prowadzenia reform zakończonych sukcesem, jednocześnie zaś nie są związani z miejscowymi grupami interesu, nie mają ambicji politycznych – przekonują zwolenicy.

Krytycy podkreślają, że to z jednej strony faktyczne przyznanie się ekipy rządzącej do braku kompetencji i braku zaplecza politycznego, z drugiej zaś wyraz niechęci do formowania nowej ukraińskiej elity z młodych, nieskompromitowanych kadr. Petro Poroszenko, jako założyciel Partii Regionów i minister gospodarki z czasów reżimu Janukowycza, Arsenij Jaceniuk publicznie wychwalający janukowyczowskiego premiera Nikołaja Azarowa i stawiający go za wzór do naśladowania w polityce, w sposób oczywisty nie są zainteresowani by wyrosła im nie unurzana w korupcji ukraińska konkurencja polityczna.

„Waregowie” zawsze będą postrzegani w ukraińskiej polityce jako ciało obce, nie niosą dla ekipy rządzącej takiego zagrożenia, jakim byłaby nowa, fachowa i nieskompromitowana „majdanowa” elita kraju.

Zdaniem krytyków zarówno Poroszenko, jak i Jaceniuk przez lata uczestniczyli w budowie korupcyjnego systemu i doskonale wiedzą, co należy zrobić, by go rozmontować.

– Obecna elita sama doskonale wie, co trzeba robić by zmienić sytuację w Ukrainie i właśnie dlatego tego nie robi – zmiany w nieunikniony sposób ograniczyłyby jej możliwości. Zagraniczni doradcy w Ukrainie potrzebni są, w najlepszym wypadku, do zamydlania oczu – ocenia Walentyn Hładkych, ekspert kijowskiej grupy analitycznej Lewiatan.

Możliwości obcokrajowców są i tak mocno ograniczone. Już na starcie „Waregowie” otrzymali do współpracy wiceministrów z nadania politycznego, którzy skutecznie blokują zmiany. Mikael Saakaszwili, doradca Petra Poroszenki, od prawie dwóch miesięcy stara się o zezwolenie na pobyt w Ukrainie.

– Urzędnicy służby imigracyjnej żądają ode mnie łapówki za wydanie dokumentu, a ja jej nie zapłacę – żżymał się w komentarzu dla ukraińskich mediów, relacjonując efekty swojej pracy nad Dnieprem.

Inny z członków „gruzińskiego desantu” – zastępca prokuratora generalnego Dawid Sakwarelidze – ujawnił w wywiadzie opublikowanym przez tygodnik Dzerkało Tyżnia, że po objęciu stanowiska proponowano mu „wzięcie na utrzymanie” i 10 milionów dolarów łapówki co miesiąc w zamian za ochranianie nielegalnego układu biznesowego. Kierowana przez niego instytucja odmówiła jednak początkowo przyjęcia zawiadomienia o popełnieniu przestepstwa złożonego w tej sprawie przez jednego z parlamentarzystów.

Według relacji medialnych Aiwaras Abromavicius groził, że odejdzie z rządu. – Ministra uderzyły słowa, które rzucono w parlamencie: nieprofesjonalny, niczego nie rozumie i w ogóle niech się zabiera – komentował na facebooku minister młodzieży i sportu Ihor Żdanow.

Oddam cło w dobre ręce

Mimo niezbyt dobrych początków i słabych prognoz komentatorów „zagraniczny desant” wciąż jeszcze postrzegany jest jako jedyne lekarstwo na ukraińską korupcję. Niedawno parlamentarzyści wchodzacej w skład koalicji rządowej partii Samopomoc zaproponowali, by służbę celną – uznawaną powszechnie za jedną z najbardziej skorumpowanych instytucji – objęli właśnie specjaliści z Zachodu.

– Przez korupcję na granicach Ukraina traci gigantyczne kwoty niezapłaconego cła. Zróbmy tak, jak swego czasu zrobiły Bułgaria i Rumunia – oddajmy nasze urzędy celne w zarząd szwajcarskim, niemieckim, albo nawet amerykańskim celnikom na rok czy dwa – przekonywał na posiedzeniu liderów frakcji ukraińskiego parlamentu szef klubu Samopomocy Ołeh Bereziuk.

Według szacunków Samopomocy likwidacja korupcyjnych schematów w służbie celnej przyniosłaby budżetowi rocznie 300 mld hrywien – czterokrotnie więcej niż prognozwany na ten rok deficyt (76 mld hrywien).

Przeprowadzony przez partię sondaż internetowy pokazał, że Ukraińcy popierają takie rozwiązanie. 88 proc. ankietowanych twierdząco odpowiedziało na pytanie, czy należy powierzyć kierowanie ukraińskim cłem Niemcom lub innym krajom UE. Ludzie uważają, że tylko zagraniczni specjaliści mogą zlikwidować korupcję.

Bardzo prawdopodobne jest, że już wkrótce do bałtyckiego i gruzińskiego desantu urzędników dołączą kolejni obcokrajowcy. Czy także z Polski?