Zielona energetyka podbija Ukrainę

173

Atrakcyjne taryfy na energię elektryczną produkowaną przez elektrownie słoneczne i wiatrowe, w połączeniu ze sprzyjającymi warunkami klimatycznymi, sprawiły, że Ukraina stała się Eldorado dla inwestorów z sektora „zielonej energetyki”.

Już przeszło sto dużych projektów zielonej energetyki wartości 4 mld dolarów realizowanych jest na Ukrainie – poinformowała ukraińska Państwowa Agencja Energoefektywności i Energooszczędności Ukrainy (Derżenerhoefektywnosti). Z roku na rok lawinowo rośnie wielkość oddawanych do użytku mocy – w zeszłym roku uruchomiono elektrownie o mocy 813 MW, podczas gdy w 2017 r. 300 MW. 646 MW przypadło na duże elektrownie słoneczne, 70 MW na przydomowe elektrownie słoneczne, 68 MW to moc nowych elektrowni wiatrowych, 25 MW przypada na elektrownie pracujące na biomasie i biogazie, a 4 MW na małe elektrownie wodne. Nad Dnieprem produkcja „zielonej” energii elektrycznej sięgnęła na koniec 2018 r. w sumie 2240 MW. Tempo jeszcze się zwiększa – w pierwszym kwartale tego roku uruchomiono kolejnych 862 MW mocy, czyli więcej niż w ciągu całego zeszłego roku. Lwia część to elektrownie słoneczne, na które przypadło 684 MW, 173 MW to elektrownie wiatrowe, 5 MW elektrownie biogazowe i 100 KW minielektrownie wodne.

W rządowych planach jest doprowadzenie do tego, by w 2035 r. jedna czwarta energii elektrycznej przypadała na źródła odnawialne. Rząd ocenia potencjał inwestycyjny Ukrainy w sferze zielonej energetyki na 12 mld euro – poinformował ukraiński wicepremier Giennadij Zubko.

Międzynarodowy wyścig po pieniądze

Nad Dnieprem w „zieloną energetykę” inwestują dziś firmy z całego świata. W kwietniu w obwodzie dniepropietrowskim na wschodzie Ukrainy oddano do użytku największą jak do tej pory elektrownię słoneczną o mocy 200 MW. Inwestycję o wartości 216 mln euro wybudowali wspólnie koncern energetyczny DTEK, do którego należy lwia część ukraińskiej generacji węglowej, i chiński inwestor China Machinery Engineering Corporation.

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju przyznał 150 mln euro kredytu na budowę elektrowni wiatrowej na granicy z okupowanym przez Rosję Krymem. Spółka Siwaszenergoprom, należąca do norweskiej firmy NBT, ma wybudować wielką farmę wiatrową o mocy 250 MW na bazie istniejącej już niewielkiej elektrowni o mocy 3 MW. Finalnie moc elektrowni ma sięgnąć 330 MW.

Według informacji ukraińskiego MSZ, Norwegia jest gotowa zainwestować w zieloną energetykę nad Dnieprem 400 mln euro. O realizacji siedmiu projektów o łącznej mocy 250 MW poinformowały władze obwodu żytomierskiego. Budować tam chcą firmy z Irlandii, Francji, Belgii, USA i Litwy.

Jednym z ciekawszych pomysłów jest przekształcenie strefy ochronnej wokół elektrowni atomowej w Czarnobylu w obszar inwestycji w energię odnawialną. „Dwa lata temu zaczęliśmy proces reintegracji strefy wysiedlonej. To stało się początkiem unikalnej operacji z przekształcenia zamkniętego do niedawna obszaru na najbardziej innowacyjną technologiczno-naukową platformę na świecie” – komentował minister ekologii Ostap Semerak.

Uproszczono już procedury dotyczące lokalizowania tam nowych inwestycji, a wnioski o zezwolenie na działalność na tym terenie złożyło już około 60 firm z Danii, USA, Chin, Niemiec, Francji, Ukrainy i Białorusi. Francuski rząd sfinansował przygotowanie analiz opłacalności budowy elektrowni słonecznej w strefie czarnobylskiej. Jednak nie bez przeszkód – z planowanych 1,2 GW mocy można będzie wybudować początkowo jedynie 400 MW, drugi etap 800 MW wymaga inwestycji w tradycyjną generację kompensującą wahnięcia mocy.

Niestety, wśród inwestorów nie ma polskich firm, które na razie omijają ten sektor gospodarki. Choć złote czasy dla inwestorów się kończą, to jednak wciąż jest o co walczyć. Jedyną „polską” inwestycją w tym sektorze jest, jak na razie, zakup udziałów w kilku ukraińskich elektrowniach słonecznych przez polską spółkę-córkę hiszpańskiej Acciona Energia Global.

Odbiegający od sytuacji w innych sektorach ukraińskiej gospodarki prawdziwy boom inwestycyjny w „zielonej energetyce” nie może dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę warunki, w jakich nad Dnieprem funkcjonują dziś inwestujące w nią firmy. Po pierwsze, do końca tego roku obowiązuje zasada, że państwo ma obowiązek kupić każdą ilość wyprodukowanej przez nie energii. Po drugie, ukraińska zielona taryfa jest dziś najwyższa w Europie i sięga 14-18 eurocentów za kilowat energii. W dodatku pod koniec zeszłego roku parlament zwolnił z podatku VAT importowane urządzenia dla elektrowni słonecznych i wiatrowych. Zwolnienie ma obowiązywać do 2022 r.

Za dużymi inwestorami nie pozostają w tyle zwykli Ukraińcy – radykalne podwyżki cen gazu i energii elektrycznej sprawiły, że masowo zaczęli przechodzić na energetyczną samowystarczalność. Z 20 gospodarstw domowych korzystających z własnych generacji słonecznych, jakie odnotowały oficjalne statystyki w 2014 r. ich liczba wzrosła do 7,5 tys. na koniec 2018 r., przy czym przeszło połowę, bo aż 4,5 tys., uruchomiono w zeszłym roku. Liderami są: położony na wschodzie kraju obwód dniepropietrowski z 900, kijowski z ponad 800 i tarnopolski z przeszło 600 przydomowymi elektrowniami słonecznymi.

Co wolno wojewodzie

„Dzięki rozwojowi energetyki odnawialnej do Ukrainy nadchodzą znaczne inwestycje, co robi ją nie tylko niezależną energetycznie, ale także poprawia sytuację gospodarczą, ekologię i zwiększa dobrobyt lokalnych społeczności” – cieszy się agencja Derżenerhoefektywnosti.

Nieco innego zdania jest jednak ukraińskie ministerstwo energetyki i przemysłu węglowego. Na początku marca jego szef zwrócił się do premiera z wnioskiem o wprowadzenie zakazu budowy przez Ukraińców elektrowni słonecznych ulokowanych na należących do nich działkach.

Ministerstwo domaga się ograniczenia dopuszczalnej mocy prywatnych elektrowni z obecnych 500KW do 150 KW, a obywatele mogliby jedynie montować panele słoneczne na dachach i fasadach należących do nich budynków. Urzędnicy nie ukrywają, że chodzi o „danie po rękach” tym, którzy weszli w zarezerwowaną dla oligarchów i dużych graczy intratną niszę.

„Teraz odbywa się gwałtowny rozwój małych elektrowni słonecznych, jaki zaczął się w latach 2015-2016, po wprowadzeniu wsparcia takich obiektów przez „zieloną taryfę”. Statystyka świadczy, że liczba takich gospodarstw domowych rośnie o 34 proc. co kwartał. Takie stacje, z uproszczonym reżimem, mają w pierwszej kolejności być wykorzystywane na własne potrzeby, jednak na Ukrainie budowa prywatnych elektrowni słonecznych zamieniła się w wysokodochodowy biznes. W ten sposób naruszana jest ideologia wspierania małej, rozproszonej generacji, która zakłada budowę dla kompensacji własnego zużycia” – przekonywał minister Igor Nasalik w piśmie skierowanym do premiera Wołodymyra Hrojsmana.

Zdaniem byłego członka ukraińskiego regulatora energetyki NKREKP Andrija Gerusa, który w administracji nowego prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zelenskiego ma odpowiadać za energetykę, to zły kierunek. Domowe, prywatne elektrownie słoneczne przynoszą najwięcej korzyści systemowi energetycznemu. Drobna, rozproszona generacja, przybliżona do końcowych odbiorców w postaci niewielkich elektrowni rozproszonych po całej Ukrainie, sprzyja energoefektywności i pomaga rozwijać klasę średnią, która jest w stanie zainwestować 15-20 tys. dolarów w takie projekty – ocenia.

„Ministerstwo ani słowa nie mówi o wysokodochodowym biznesie gigantycznych, słonecznych elektrowni oligarchów, ale inicjuje walkę z tysiącami maleńkich elektrowni Ukraińców z klasy średniej. Czy nam potrzebna Ukraina – najbiedniejszy kraj Europy z kilkoma super-bogatymi oligarchami, czy Ukraina z milionami zamożnych Ukraińców z klasy średniej?” – komentował Gerus pomysły ministerstwa.

Bezpieczniki ograniczają rozwój

Okno możliwości dla budowy nad Dnieprem nowych elektrowni słonecznych i wiatrowych zamknie się w 2025 r., o ile nie będzie inwestycji infrastrukturalnych jako otoczki zielonej energetyki. Według szacunków moc elektrowni słonecznych i wiatrowych sięgnie wówczas łącznie 7,5 GW, czyli maksimum, jakie jest w stanie przyjąć system energetyczny Ukrainy w jego obecnym kształcie, oceniają w zarządzającej ukraińską siecią energetyczną państwowej firmie Ukrenerho. Bo zielona energetyka potrzebuje „bezpieczników” w postaci tradycyjnych źródeł energii, które w razie niesprzyjających warunków pogodowych zapełniają lukę w ogólnej generowanej energii.

Na każdy GW energii z elektrowni słonecznych i wiatrowych system potrzebuje „bezpiecznika” w postaci zapasu 300 MW generacji z tradycyjnych źródeł. Jednym z wariantów ratunkowych jest budowa elektrowni gazowych i akumulatorów energii o łącznej mocy 2,5 GW. Według szacunków Ukrenerho kosztowałoby to ok. 55 mld hrywien, czyli prawie 2 mld dolarów.

„Różnica w mocy generowanej przez elektrownie słoneczne w dni zimowe i letnie może być kilkudziesięciokrotna. Odchylenia od normatywnej mocy dla pojedynczych stacji mogą w ciągu doby sięgać nawet 95 proc., w skali kraju wygląda to trochę lepiej, bo średnie odchylenie to „tylko” 40 proc. Ale to wszystko oznacza, że dla elektrowni słonecznej potrzeba „bezpiecznika” w postaci tradycyjnej generacji, którą w każdym momencie można uruchomić i potem obniżyć do poziomu minimalnego, by – jeśli znowu będzie taka potrzeba – można było natychmiast uzupełniać niedobór. Póki co w ukraińskich realiach energia odnawialna staje się konkurencją nie dla tradycyjnej energetyki, a dla elektrowni atomowych. Nazwaliśmy to „zielono-węglowy paradoks” – tłumaczył Wsewołod Kowalczuk, p.o. dyrektora generalnego Ukrenerhgo.

Kołem ratunkowym może być w tej sytuacji pomysł Derżenerhoefektywnosti, która chce zachęcać inwestorów do rozwijania zaniedbanego dziś segmentu zielonej energetyki, jakim są elektrownie na biogaz i biomasę. W rezultacie generowana przez nie moc miałaby sięgnąć w 2035 r. połowy mocy elektrowni słonecznych. Rozwój, jak podkreślają w agencji, będzie sprzyjać przewidywalności co do mocy trafiającej do systemu energetycznego, bo elektrownie działające na biogaz i biomasę nie zależą od warunków pogodowych. Będą zatem mogły być wykorzystywane jako ekologiczne źródło mocy manewrowych ukraińskiego systemu energetycznego.

Michał Kozak, “Obserwator Finansowy”