Ukraińskie firmy wybierają warszawski parkiet

198
Warszawska Giełda Papierów Wartościowych to ulubione miejsce lokowania akcji przez ukraińskie przedsiębiorstwa, które dobrze oceniają regulacje polskiego rynku kapitałowego. W 2012 roku na GPW może pojawić się nawet 20 kolejnych ukraińskich spółek. Katalizatorem nowych emisji są m.in. fatalne warunki działania na rodzimym rynku kapitałowym.

 

Czy na Ukrainie istnieje rodzimy rynek kapitałowy? Teoretycznie tak, praktycznie to tylko nieprzydatna atrapa — wynika z debaty „Kapitałowy rynek Ukrainy: wyzwania dla władzy i biznesu” zorganizowanej pod koniec grudnia w Kijowie przez Instytut Gorszenina. To bardzo dobra wiadomość dla warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Dzięki bałaganowi u wschodniego sąsiada i nieprzystającemu do wymogów współczesności ukraińskiemu prawu warszawski parkiet staje się stopniowo „rodzimym” rynkiem dla emisji akcji firm znad Dniepru. A polscy inwestorzy giełdowi mogą dzięki temu łatwo pójść w ślady pradziadów inwestujących w zboże ze stepów i woły z Podola.

Inwestorzy poza prawem

2011 rok był dla słabego rynku kapitałowego Ukrainy wręcz fatalny.

– Indeksy akcji spadły średnio o 37 proc., o 16 proc. zmniejszył się udział akcji spółek w ogólnym obrocie giełdowym, a liczba uczestników rynku zmalała o 30 proc. – alarmuje szefowa Stowarzyszenia „Kapitałowe partnerstwo” Irina Zaria.

Główną przeszkodą na drodze do rozwoju ukraińskiego rynku kapitałowego jest brak gwarancji praw własności inwestorów. Na Ukrainie nie są one dzisiaj w żaden sposób efektywnie chronione. – W efekcie inwestorzy ryzykują, że zainwestują pieniądze poprzez rynek akcji, ale potem nagle może się zdażyć nielegalne przejęcie firmy albo nacjonalizacja – i po co to komu? Dlatego inwestorzy nie są zainteresowani podleganiem jurysdykcji ukraińskiej. Wybierają jurysdykcje krajów z rozwiniętymi rynkami finansowymi, pod którymi można uczciwie udowodnić, że jest się akcjonariuszem i ma się jakieś prawa – mówi Aleksandr Starodubcew z kijowskiego domu brokerskiego „Otkrytie”.

– Dodatkowo ukraiński rynek kapitałowy jest bardzo silnie upolityczniony. Państwo może brutalnie wtrącać się w przebieg procesów giełdowych, a to zdecydowanie pogarsza klimat inwestycyjny. No i sam temat rynków kapitałowych na Ukrainie pozostaje dość dziki. Jaskrawym przykładem może posłużyć liczba giełd – mamy ich około dziesięciu – dodaje Aleksandr Kuksin, szef projektów Kreston GCG.

Brak gwarancji dla inwestorów sprawia, że ukraiński rynek giełdowy jest całkowicie oderwany od realnego życia gospodarczego, chronicznie cierpi na brak płynności i nie sposób tu znaleźć dostatecznego zaplecza dla emisji na poziomie 30-50 mln dolarów. Właściciele firm częściej wykorzystują go zatem do operacji finansowych z pogranicza prawa, niż do faktycznego pozyskiwania kapitału. Miejscowi gracze także podchodzą do rodzimego rynku z dystansem, traktując swoją obecność na nim jako jeszcze jedną formę hazardu.

W takiej sytuacji na napływ na ukraińskie rynki giełdowe międzynarodowego kapitału Ukraina nie ma co liczyć. Inwestorzy zagraniczni, jeśli decydują się na lokowanie swoich pieniędzy na Ukrainie to tylko w formie bezpośredniej, bo gwarantuje im to jako taką ochronę kapitału. – Kiedy kupujesz jakąś firmę, to ją kontrolujesz, a jeśli jesteś mniejszościowym akcjonariuszem twoje prawa mogą być z łatwością łamane – podsumowuje dyrektor firmy „Ukraińskie Kapitałowe Centrum” Oleg Szypaniuk.

Przeszkodą dla napływu zagranicznych kapitałów są także przestarzałe regulacje dotyczącego rynku walutowego, skrajnie utrudniające możliwości szybkiego zamknięcia pozycji i wycofania się z rynku. W efekcie ukraińskie giełdy, to dziś droga jednokierunkowa – wejść można, wyjść się nie da.

Do tego, by poprawić warunki inwestowania potrzeba zainteresowania ze instytycji państwa, a w szczególności Narodowego Banku Ukrainy. Trudno na to liczyć i wątpliwe, by sytuacja szybko zmieniła się na lepsze.

– Nie ma skąd wziąć pozytywnego impulsu do zmian na rynku kapitałowym. Bank centralny nie jest gotowy do przeglądu i zmiany regulacji dotyczących rynku walut. Oni walczą z inflacją i z kursem dolara, niczego nie chcą liberalizować, nie ma żadnych zewnętrznych czynników, które sprawiłyby, że sytuacja się poprawi — zauważa Aleksandr Starodubcew.

Kapitału jak na lekarstwo, rynku z prawdziwego zdarzenia nie ma. Niekorzystne cechy ukraińskiego systemu niemal siłą „wypychają” więc spółki szukające taniego kapitału na zagraniczne parkiety.

GPW rośnie w siłę

Sytuacja u wschodniego sąsiada to gratka dla warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. To właśnie polski parkiet jest tym, na który najczęściej spoglądają zainteresowani pozyskaniem kapitału właściciele ukraińskich firm. Gdy potrzebująca środków na rozwój ukraińska spółka nie może zdobyć kapitału na krajowym rynku inaczej niż poprzez kredyt bankowy, jej konkurencja łatwo zdobywa znacznie mniejszym kosztem kapitał poprzez emisję akcji na warszawskim parkiecie. Nic dziwnego, że z roku na rok rośnie liczba spółek przymierzających się do pierwotnych emisji akcji (IPO) na Zachodzie, i to właśnie w Warszawie.

– Firmy ukraińskie zainteresowane przyciągnięciem kapitału mają do wyboru dwie giełdy – w Londynie i w Warszawie. Po kryzysie 2008 r. praktyka debiutów mówi, że na londyńską giełdę jest sens wychodzić z emisjami na poziomie 250-300 mln dolarów. Oznacza to, że kapitalizacja spółki powinna być wyższa niż 700 mln dolarów. W tej sytuacji GPW stała się najatrakcyjniejszą platformą handlową dla ukraińskich spółek o małej i średniej kapitalizacji. Wchodząc na warszawską giełdę ukraińskie spółki mogą zresztą przyciągać nie tylko polskich, ale i międzynarodowych inwestorów – podkreśla Witalij Strukow, dyrektor zarządzający domu inwestycyjnego Concorde Capital.

– Ponadto warszawska giełda została już „rozpoznana” przez ukraińskie spółki. A w dodatku jeszcze do niedawna GPW oceniała nasze spółki z premią – to pozwalało pozyskać wiecej kapitału, niż na innych giełdach – dodaje Andriej Patiota, starszy analityk biura Art Kapital z Kijowa.

Konsekwencją tego stanu jest uzyskanie przez GPW na Ukrainie szczególnego statusu. Warszawski parkiet przez spółki znad Dniepru jest oceniany jako „swój”, co z jednej strony gwarantuje nowe IPO ukraińskich firm, z drugiej raczej definitywnie przekreśla szansę Kijowa na uruchomienie własnego rynku kapitałowego z prawdziwego zdarzenia.

– Polski rynek kapitałowy stał się de facto domowym rynkiem ukraińskich emitentów średniej wielkości, bo z powodu swoich rozmiarów (emisja poniżej 100 mln dolarów) nie mogą one być obecne na tradycyjnych platformach międzynarodowych takich jak Londyn. Tam ukraińscy emitenci średniej wielkości ryzykują zagubienie w wielkiej liczbie znacznie większych spółek swojego sektora. W tym samym czasie warszawska Giełda Papierów Wartościowych może stać się dla nich szczęśliwym losem na loterii — wskazuje Wład Sinani, dyrektor departamentu rynków firmy Inwestycyjny Kapitał Ukraina (ICU).

– Ukraińscy pionierzy notowań w Warszawie tacy jak Astarta, Kernel, Agroton pokazali polskim inwestorom, że ukraiński biznes może być bardzo dochodowy. W połączeniu z polityką ekspansji GPW na Ukrainę i naszą bliskością kulturową to dało efekt – w końcu 2010 r. GPW stała się faktycznie monopolistą w zakresie zagranicznych notowań ukraińskich spółek. W kryzysowym okresie akcje naszych spółek najlepszą ocenę otrzymywały właśnie na GPW – zauważa Aleksandr Kuksin z Kreston GCG.

Długa kolejka na parkiet

Lista ukraińskich spółek przymierzających się, by w 2012 r. zadebiutować w Warszawie liczy już prawie 20 pozycji. Perspektywy ich pierwotnych emisji będą jednak w dużym stopniu zależały od sytuacji na globalnym rynku, a w szczególności od losów euro i przyszłej konstrukcji Unii Europejskiej.

Podobnie jak w poprzednich latach wśród chętnych do debiutu w Warszawie dominują spółki sektora rolno-spożywczego, ale giełdowi gracze będą mogli po raz pierwszy zainwestować także w inne nieobecne dotąd na GPW sektory ukraińskiej gospodarki.

Niewątpliwie największą atrakcją ma szansę stać się Ukraiński Media Holding. Multimedialna grupa spółek UMH Online, UMH Radio&TV, UMH Publishing i UMH Russia działająca na ukraińskim i rosyjskim rynku wydawców i dystrybutorów prasy, dostawców Internetu, nadawców radiowych i producentów telewizyjnych zarządza w sumie ok. 50 markami.

Emisje planuje Folio Plus, firma poligraficzna z Charkowa specjalizująca się  w produkcji etykiet (w sumie stanowią ponad 80 proc. produkcji) dla odbiorców z Ukrainy, Rosji, Gruzji, Armenii, Azerbejdżanu i Mołdowy.

Tradycyjnie już największą grupę zainteresowanych IPO na warszawskiej giełdzie stanowią producenci z sektora rolno-spożywczego. W Warszawie zadebiutować mogą m.in. producenci zbóż: Valinor Group (jeden z największych przedsiębiorstw rolniczych w krajach Wspólnoty Niepodległych Państw), Ukraińskie Agrarne Inwestycje, Loture-Agro, AzovAgri. Na warszawski parkiet wybierają się też firmy z branży mleczarskiej: Ukrproduct Group i  Agropolis Group. Mocne wejście na GPW szykują ukraińscy producenci mięsa i wyrobów masarskich: Ukrlandfarming, Korporacja Głobino, EastUkrAgro – zarejestrowana na Cyprze spółka z ukraińskimi korzeniami, Agrofirma Chlebnoje oraz Agrofirma Łan.

IPO zapowiadają także: ViOil – jeden z większych ukraińskich producentów i eksporterów oleju słonecznikowego, Luck Foods – działający w Łucku na Zachodniej Ukrainie producent sosów pomidorowych, Ukrainska Fruktova Kompania (UFC) – firma zajmująca się międzynarodowym handlem owocami i warzywami. Kolejni pretendenci reprezentują sektor chemiczny: Koncern Halnaftohaz, który jest właścicielem sieci stacji paliw OKKO, Korporacja Arterium (największy ukraiński eksporter gotowych leków). Na GPW chce trafić także ukraiński deweloper – spółka TMM.

Nie wszyscy pretendenci mogą liczyć na łatwy sukces.

– Dla potencjalnych inwestorów najciekawsze są sektory, w których Ukraina ma przewagę konkurencyjną – rolnictwo i metalurgia oraz te, w których możliwy jest wzrost powyżej średniego, zwiazane z konsumpcją wewnętrzną (FMCG itp.) Duża liczba spółek z sektora rolniczego sprawia, że inwestorzy mało będą się interesować tymi ze średnim zasobem gruntów. Oprócz tego inwestorzy oczekują na dyskonto na poziomie 15-20 proc. w stosunku do już obecnych na giełdzie firm danej branży. To bardzo trudna psychologicznie sytuacja – nie jest łatwo sprzedawać część swojej firmy przy takich szacunkach – ocenia sytuację przyszłych debiutantów Wład Sinani z ICU.

Autor jest korespondentem Gazety Giełdy Parkiet w Dniepropietrowsku