Elektryzująca sprawa cen prądu

246

Reforma ukraińskiego sektora energetycznego cieszy Zachód. Według audytorów taryfy dla odbiorców są jednak zawyżane. To z kieszeni konsumentów finansowany jest tranzyt rosyjskiego gazu na Zachód. Budżet też nie zarabia. Znów wygrywają wielkie koncerny i politycy ze szczytów władzy.

„Z zadowoleniem witamy istotne reformy polityki energetycznej prowadzone w Ukrainie i mocno zachęcamy do dalszych ambitnych reform jej sektora energetycznego” – ogłosili w komunikacie wydanym na zakończenie majowego szczytu liderzy państw grupy G-7.

Na razie „istotne reformy” widać głównie w cenach. Od 1 marca ceny energii elektrycznej wzrosły o 25 proc., kolejną podwyżkę zapowiedziano na 1 września. W sumie w wyniku rozpoczętej w kwietniu ubiegłego roku „reformy taryfowej” do marca przyszłego roku wzrosnąć mają one o 350 proc.

W kwietniu Ukraińców uderzyła po kieszeni kolejna podwyżka – tym razem cen gazu ziemnego. Zgodnie z rozporządzeniem ukraińskiego rządu z kwietnia 2014 r. przez trzy kolejne lata ceny gazu dla odbiorców indywidualnych rosnąć miały: w 2015 r. o 40 proc., w 2016 i 2017 r. po 20 proc.

W założeniu, jak wskazuje treść rządowego dokumentu, podwyżki cen gazu miały doprowadzić do sytuacji, w której będą one „na ekonomicznie uzasadnionym poziomie zabezpieczającym pełne pokrycie  średnioważonej ceny zakupu gazu ziemnego”. O tym zapisie dawno już nad Dnieprem zapomniano.

Po serii podwyżek ukraiński odbiorca płaci dziś 6879 hrywien, czyli ok. 275 dol. za tysiąc metrów sześciennych gazu. Wyjątek władze zrobiły dla organizacji religijnych – te płacić mają niemal połowę mniej.

Krytycy polityki taryfowej rządu przypominają, że zgodnie z art. 13 ukraińskiej konstytucji zasoby naturalne, w tym wydobywany w kraju gaz, należą do obywateli, którym przysługuje prawo swobodnego korzystania z tych zasobów. A to, ich zdaniem, oznacza, że gaz z krajowego wydobycia nie może być traktowany jak towar, a od obywateli wymagać można wyłącznie opłaty wynikającej z pokrycia kosztów wydobycia i dystrybucji, nie zaś za sam gaz. Potwierdził to kiedyś Arsenij Jaceniuk, były premier.

„Każdy z nas powinien otrzymywać gaz z ukraińskiego wydobycia. Obywatele Ukrainy zużywają go 18 mld metrów sześc., a my wydobywamy 20 mld metrów sześc. Jego wartość to dziś maksimum od 70 do 100 dolarów, w zależności od tego, gdzie się go wydobywa. Ale po tej cenie obywatelom go nie oddają. Sprzedają go firmom po 300-400 dolarów a marżę chowaja do kieszeni. A potem tę marżę wyprowadzają do rajów podatkowych” – komentował politykę taryfową ekipy Wiktora Janukowycza w listopadzie 2013 roku.

Według danych państwowego koncernu gazowego NAK Naftohaz Ukrainy nasz wschodni sąsiad w zeszłym roku wydobył 19,9 mld metrów sześciennych gazu ziemnego. Tymczasem na potrzeby odbiorców indywidualnych i usługi komunalne Ukraina zyżywa dziś 18 mld metrów sześciennych.

Wiosną zeszłego roku serwis informacyjny „Obozriewatiel” zlecił firmie audytorskiej zbadanie ile powinna wynosić rynkowa cena gazu. Okazało się, że już zeszłoroczna taryfa była 180 proc. wyższa niż oszacowana przez audytorów. Rząd m.in. nie uwględnił w swoich wyliczeniach dotyczących zużycia gazu przez odbiorców indywidualnych ani aneksji Krymu, ani faktycznej okupacji części Donbasu. Ilość gazu rzekomo zużywaną przez obywateli sztucznie zawyżono wliczając w nią zużycie organizacji społecznych i związków wyznaniowych.

„Obozriewatiel” cytował także ówczesnego wiceministra finansów Denisa Fudaszkina, który przyznał, że rentowność biznesu wydobycia gazu w Ukrainie przy cenach sprzed zeszłorocznej podwyżki wynosiła 775 proc.

To, że cena gazu jaką rząd zafundował obywatelom na rynku wewnętrznym  jest zawyżona pośrednio przyznała ukraińska wiceminister gospodarki Julia Kowaliw, przedstawiając w maju wyliczenia, według których „ekonomicznie uzasadniona” cena importowanego gazu to dziś 257 dol./m. sześc., na które składają się: koszt surowca w niemieckim hubie – 146 dol., koszt transportu do granicy z Ukrainą – 39 dol. oraz 72 dol. kosztów dystrybucji i VAT.

Jak poinformowała, rząd podjął decyzję, że gaz wydobywany w Ukrainie powinien być sprzedawany po „cenie rynkowej”, czyli po cenie gazu importowanego, pomniejszonej o koszty transportu z Niemiec do granicy, a więc po 218 dolarów za 1000 metrów sześciennych.

Dzisiejsza cena – 275 dolarów za 1000 metrów sześciennych – jest więc zdecydowanie wyższa nawet od wyliczonej przez rząd!

„Reforma taryfowa” doprowadziła do tego, że znaczna część Ukraińców po prostu przestała płacić rachunki. A za rok Ukraińców czeka przecież kolejna podwyżka.

Według opublikowanych pod koniec maja danych Państwowej Służby Statystyki Ukrainy tylko w ciągu kwietnia – pierwszego miesiąca obowiązywania nowych taryf zadłużenie odbiorców indywidualnych z tytułu usług komunalnych wzrosło o przeszło trzykrotnie –  z 4,3 mld hrywien do 13,4 mld hrywien. Z tego 6,3 mld hrywien to długi za ogrzewanie i ciepłą wodę, związane z podwyżkami cen gazu, a 2,8 mld hrywien to zadłużenie za energię elektryczną.

Jak informuje Ukrstat zadłużenia z tytułu dostaw samego gazu nie ma, bo są one objęte systemem subsydiów państwowych – należące do oligarchów obwodowe firmy dystrybucyjne otrzymały z tego tytułu z budżetu państwa znacznie więcej niż w rzeczywistości powinni zapłacić odbiorcy indywidualni. Rekord padł w obwodzie kirowogradzkim, gdzie do dystrybutora trafiło 386 proc. nadwyżki ponad w rzeczywistości należną kwotę.

Unijny tranzyt z kieszeni Ukraińców

Zadowolenie szefów państw zachodnich z ukraińskiej „reformy taryfowej” łatwo zrozumieć – to unijni odbiorcy rosyjskiego gazu są ich największymi obok ukraińskich oligarchów beneficjentami. Tak wynika z wyliczeń przedstawionych ostatnio przez znanego kijowskiego politologa Siergieja Gajdaja.

Zdaniem Gajdaja realna cena gazu dla obywateli mająca ekonomiczne uzasadnienie to ok. 2000 hrywien za tysiąc metrów sześciennych.

Pisze Gajdaj na Facebooku: „1590 hrywien to opłata za wydobycie gazu dla państwowej firmy Ukrhazwydobuwannja – tu wszystko jasne, firma prowadzi prace rozpoznawcze, wydobywa gaz, eksploatuje urządzenia, opłaca pracę robotników. A pozostałe pieniądze? 2000 hrywien idzie do NAK Naftohaz. A tym za co? Do wydobycia gazu nie mają żadnego stosunku. To firma, która odpowiada za transport rosyjskiego gazu przez nasze gazowe magistrale do Europy.

Więc za co my płacimy Naftohazowi? Okazuje się, że eksploatacja gazowych magistrali i urządzeń wymaga nakładów. I państwo zdecydowało je opłacać z naszych kieszeni. Ukraina transportuje gaz z Rosji do Europy ze stratą. I tę stratę będą pokrywać obywatele. Myślałem, że państwo ma zarabiać pieniądze i wykorzystywać je z korzyścią dla obywateli. A tutaj, okazuje się, powinniśmy  opłacać prowadzoną ze stratą działalność naszego państwa, żeby Europejczycy mogli korzystać z gazu państwa, które na nas napadło, zabija naszych obywateli i zabrało nam kawałek naszego terytorium”.

Nowy Homo Sovieticus

Jewhen Hołowaha, wicedyrektor Instytutu Socjologii Narodowej Akademii Nauk Ukrainy, nie ma wątpliwości, że polityka taryfowa rządu i wynikająca z niej konieczność masowego subsydiowania obywateli przynosą Ukrainie fatalne konsekwencje. Ostrzega, że jej wyniku w Ukrainie, jak 40 lat temu w USA, rękami rządu tworzy się getto.

Według przytaczanych przez niego danych w 45 milionowej Ukrainie z rządowego programu subsydiów korzysta dziś już 4 mln rodzin, czyli ok. 10 mln osób. Jeśli taryfy nadal będą rosnąć liczba ta może wkrótce sięgnąć 15 – 20 mln. W efekcie niemal co drugi Ukrainiec będzie zależny od pieniędzy dawanych mu przez urzędników

„ 200 euro można płacić za mieszkanie w Europie, a u nas w 2014 r. średnie zarobki to było 250 euro, a teraz jest 150 euro. W odróżnieniu od reszty reform program podwyżek taryf realizuje się z żelazną konsekwencją i uporem” – komentował w wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Ukrajinskyj Tyżden”.

Hołowaha zwraca uwagę na niebezpieczeństwo systemu subsydiów rozbudowanego przez rząd w związku z podwyżkami. To system jałowy ekonomicznie, służący wypompowywaniu z budżetu pieniędzy – wcześniej odebranych obywatelom w wyniku podwyżek. Jego efektem, przestrzega, będzie przekształcenie przeciętnego Ukraińca w homo sovieticus.

„Im więcej ludzi ma pomoc państwa, tym więcej u nas socjalnych utrzymanków, którzy nienawidzą swojego dobroczyńcy. I w jakimś sprzyjającym momencie ci ludzie ugryzą tę rękę, która karmi. Oni przyznają, że nie są w stanie zabezpieczyć siebie i rodziny. Ci ludzie pieniądze wezmą, ale wzmacniając niesamodzielność i zazdrość tworzymy warstwę tych, którzy będą gotowi na wszystko dla zachowania swoich darmowych korzyści” – ocenia Jewhen Hołowaha.

Zdaniem szefa Komitetu Ekonomistów Ukrainy Andrija Nowaka Kijów w niedługim czasie czeka wybuch społeczny o podłożu socjalnym: „Ukraińska władza pewnym krokiem idzie drogą „taryfowego Majdanu”

Obywatel płaci, elita zarabia

Dziennikarze projektu antykorupcyjnego Naszi Hroszi opisali mechanizm, dzięki któremu niemałe pieniądze na reformach w energetyce zarobił doniecki oligarcha i struktury finansowe związane z prezydentem.

Jak przypomnieli energetyczny koncern DTEK należący do oligarchy Rinata Achmetowa (wskazywanego jako  sponsor prorosyjskich bojówek na Donbasie, za którym ciągną się oskarżenia o związki z doniecką mafią) jeszcze niedawno miał poważne problemy finansowe – na przełmie 2015 i 2016 r. wypuszczone przez DTEK euroobligacje osiągnęły poziom śmieciowy, a w marcu agencja Fitch obnizyła rating koncernu do poziomu „ograniczona niewypłacalność” motywując to faktem, iż firma nie spłaciła w terminie swoich zobowiązań.

Sytuacja DTEK radykalnie się zmieniła za sprawą decyzji Narodowej Komisji Regulacji Energetyki i Usług Komunalnych (NKREKP). W kwietniu NKREKP zatwierdziła nową metodę ustalania ceny na energię elektryczną – tzw. formułę rotterdamską. Do rozliczeń przyjęto cenę wegla w porcie Rotterdam powiększoną o koszty transportu do Ukrainy. Przyjęcie takiej ceny motywowano koniecznością uniezależnienia się od węgla z Donbasu i Rosji, i w związku z tym importu tego paliwa z RPA. Kilka tygodni póżniej, ministerstwo energetyki oświadczyło, że węgla importować, jak do tychczas, z RPA nie będzie, bo pod dostatkiem jest węgla krajowego, a także ogłosiło zamiar kupowania antracytu z kopalń znajdujących się pod kontrolą prorosyjskich bojówek na Donbasie.

Jednak formuły ustalania taryf nie zmieniono i do ustalania cen energii elektrycznej przyjęto cenę węgla o 1500 hrywien wyżsżą niż obowiązująca na rynku wewnętrznym. Faktycznie więc decyzja NKREKP oznacza, że Ukraińcy za energię wyprodukowana z  lokalnego węgla będą płacić tak, jakby była wytworzona ze znacznie droższego importowanego surowca. Wyciągnięte w ten sposób z ich kieszeni pieniądze trafią do miejscowego oligarchatu – konstatują Naszi Hroszi. Według szacunków kwota ta może sięgnąć 9,5 mld hrywien, ok. 400 mln dol.

Naszi Hroszi zwrócił też uwagę na odbywające się równolegle z dziwnymi decyzjami NKREKP nieprzejrzyste działania na rynku papierów dłużnych DTEK-u. Jak zauważają dziennikarze, po ogłoszeniu decyzji dotyczącej utrzymania „formuły rotterdamskiej” dla krajowego węgla cena euroobligacji DTEK w ciągu zaledwie dwóch tygodni wzrosła o 40 proc.

W sumie na rynku znajdują się wypuszczone przez DTEK obligacje o łącznej wartości nominalnej 750 mln dolarów z terminem wykupu przypadającym na 2018 rok. Jak poinformował dyrektor generalny Maksim Tyszczenko ich nabywcmi były fundusze inwestycyjne Ashmore i VR Capital, rosyjski bank WTB oraz założona przez szefową ukraińskiego banku centralnego Natalię Gontariewą firma ICU obsługująca m.in. inwestycje Petra Poroszenki.

Dmytro Wowk, szef firmy NKREKP podejmującej decyzję korzystną dla DTEK-u, był wcześniej menedżerem w moskiewskiej filii należącego do Poroszenki koncernu cukierniczego Roshen. Pracował także w ICU.